Obnoxious

A good thing about getting older? Well? Apart from the lines that appear around your eyes when you are smiling that are revered for the ways in which they always reappear? (That's a quote from a song by Swan Lake that I like. I put song lyrics into my writing and I know it's pretentious. You can deal with it on your own.) It's caring less and less what you look like. Walking around with my midriff showing isn't something I would have done two or three years ago, even when I was smaller. Passing 30 is like coming to a magical point in life when you suddenly find you can dismiss a lot of issues with a "meh" and a wave of hand. Not all things. Some things never seem to change. But clothes? They're just clothes, you know? Clothes, meh.

I've been to a bonfire lately and decided to wear something I felt was totally ordinary and wouldn't get any attention. I tend to be flashy with my hats and dresses and all the pattern mixing that I do, and since I knew I was going to meet new people, I wanted to blend in, I think. So I put on black skinny jeans and a simple sweater and wore a white shirt underneath. And out of the blue, I got complimented on my clothes and told how cute they were.

I mean... why bother? Why try to fit in? People are always going to surprise me with what they think about me and I will rarely agree with them on that matter.

So, yeah. I can wear this obnoxious pair of glittery shoes and not give it a second thought. I can show my 30 years old belly and enjoy the breeze on my skin. Or I can wear black skinny jeans and a sweater, and hide in a jute sack. Some people will always stare. Some people will never notice. People, meh.

Yes, I'm in a particularly obnoxious mood today.

I'm wearing: a skirt I made myself last year, a thrifted top and hat and jacket and no-name flats.
*Photos by my boyfriend.
Coś dobrego, co wynika ze starzenia się? Poza kurzymi łapkami, które czasem ktoś określa jako cudne? Można się mniej przejmować tym, jak się wygląda. Chodzenie z gołym brzuchem nie wchodziłoby w grę jeszcze dwa-trzy lata temu, nawet kiedy byłam mniejsza. Przejście trzydziestki jest jak dotarcie do magicznego punktu, za którym okazuje się, że można na wiele rzeczy machnąć ręką i powiedzieć "co mi tam". Nie na wszystkie. Są takie, które się nie zmieniają. Ale ubrania? To tylko ubrania. Ubrania, co mi tam.

Jakiś czas temu wybrałam się na ognisko i postanowiłam ubrać się tak, by nie zwracać uwagi. Zwykle jestem dość jaskrawa w swoich kapeluszach, sukienkach i z całym tym moim łączeniem stu wzorów na raz. Tutaj więc miało być zwyczajnie: czarne rurki, zwykły sweter i pod spodem biała koszula. Zupełnie więc nieoczekiwanie nasłuchałam się komplementów: jakie mam urocze ubrania!

No więc... po co zadawać sobie trud? Po co próbować się dopasować? Ludzie zawsze będą mnie zaskakiwać tym, co o mnie myślą, a ja rzadko będę się z nimi zgadzać.

Równie dobrze mogę założyć nieznośne, brokatowe buciki i krótki top, i cieszyć się bryzą na gołym, trzydziestoletnim brzuchu, jak nosić czarne rurki i sweter albo jutowy worek. Niektórzy ludzie zawsze będą się gapić. Inni ludzie nigdy nie zwrócą uwagi. Ludzie, co mi tam.

(Tak, jestem dziś w wyjątkowo nieznośnym nastroju.)

Mam na sobie: spódnicę, którą sobie uszyłam w zeszłym roku, bluzkę, kapelusz i kurtkę z second handu i buciki no-name.
*Zdjęcia zrobił mój chłopak.


Follow