Poor girl but not blue

Can you tell I've been on a big 1960s kick lately? All the tent dresses and mini skirts seem to agree with me. It is also quite a forgiving style to wear when you get a little rounder: the simple A-line shape makes you appear more slender and your legs go for days --if that's your thing. It is mine. I definitely associated the 1960s with tiny and thin models like Twiggy and thought that only boyish figures could really rock the silhouette but after giving it a shot, I was pleasantly surprised how much I was in the wrong. Sewing is a nice and practical hobby in that aspect: you can make something for yourself and see how it fits on you. So I made this skirt (for the second time, actually, because the first one went to a friend of mine who is wonderfully tall and slender and looks fab in it) from an old Burda pattern that I got from my Granny (it's number 75045 for those of you who keep track of these things, and it comes in three sizes! Thank you Burda). The fabric is very thick, double face wool, thrifted, of course. I had just enough to make the skirt, about 150x60 cm. I decided not to add in-seam pockets because that would create a lot of bulk so naturally I added a heart-shaped patch pocket. A skirt needs to have at least one pocket, wouldn't you agree?

Another thing I sewed in this outfit is the little sweater. It was my first time with knits and I think I'm hooked! (erm... ball point needled? Sorry, sorry, that's so bad.) For some reason I was afraid of them before, but not anymore. Small steps. Anyway, I made it from a larger sweater that I'd found a couple months back along with a pile of other clothes. It was 80% wool and I decided a find like that should not go unused but the shape of the sweater was definitely not my cup of tea: it was all loose and jumper-like with a broad welt at the bottom and with a dreadful turtleneck! I knew I had to alter it and finally decided to copy a pattern from another sweater that I had, also a found item (seen here, among many other instances), which I love to bits and want to have in all the colours. This thick wool drapes differently to that other sweater though, and I definityly need to work on the shape of the armholes because something's off about them but otherwise, I'm happy with what I made and it definitely is a wearable sweater. Reminds me of the poor boy sweaters of the 1960s, only with short sleeves which maybe make it a bit more modern. With short sleeves like that, I only need 150x60 cm of fabric to make it. Cheap and chic for a poor girl. And it was such a quick make, too! I'd already bought a few lovely wools to sew more.

All the stuff I'm wearing is either old or thrifted. I made the skirt and sweater myself. The little doll brooch is from Niko.Lete.

*Photos by my boyfriend, Bartek.


Wygląda na to, że po wszystkich moich sukienkach a'la lata 50-te nastał czas na wejście w następną dekadę - i dobrze mi z tym. Bardzo mi pasują te proste, trapezowe kształty, a nie spodziewałam się tego, zwłaszcza odkąd mi tu i tam przybyło. Zdawało mi się wcześniej, że tylko drobniutkie i szczuplutkie dziewczyny podobne do Twiggy mogą bezkarnie nosić takie ubrania, ale okazuje się, że nawet klepsydra z wielkim tyłkiem wygląda w nich niczego sobie - muszą być tylko dostatecznie luźne. No i nogi - nogi się ma do samego nieba w tych miniówkach w kształcie litery A. Taką więc uszyłam spódnicę według wykroju Burdy, który znalazłam u Babci (jest pakowany w pojedynczą kopertę i ma numer 75045, i jest w trzech rozmiarach - dzięki, Burdo!). Szyłam ją wcześniej dla koleżanki, która jest wspaniale wysoka i szczupła, i wygląda w niej znakomicie - mam nadzieję, że zgodzi się kiedyś na zdjęcia. Na swoją wybrałam grubą, dwustronną wełnę, którą kiedyś znalazłam w internetowym second handzie. Miałam jej akurat tyle, ile trzeba na spódnicę, około 150x60 cm. Postanowiłam nie dodawać tu kieszeni w szwach, bo byłoby za grubo, ale jako że spódnica kieszeń musi mieć przynajmniej jedną, to naszyłam swoją ulubioną, serduszkową.

Druga rzecz w dzisiejszym zestawie, którą uszyłam, to sweterek. To był mój pierwszy raz z dzianiną i już teraz się jej nie boję, a co więcej, będę szyła wersji tego sweterka przynajmniej kilka, mam już zamówione wełny. Ten uszyłam z dużego swetra, który znalazłam kiedyś razem z paczką innych ciuchów, i chociaż nie pasował mi krojem (bluzowy kształt, szeroki ściągacz na dole i golf na górze. Nie dla mnie!), to zostawiłam go do przeróbki, bo miał w składzie 80% wełny i był miękki i gładki. Wykrój na dzisiejszą wersję odrysowałam sobie z innego znalezionego sweterka, który mam na sobie na przykład tutaj, i który tak bardzo przypadł mi do gustu, że chcę go uszyć we wszystkich możliwych kolorach. Co prawda muszę trochę popracować nad podkrojem pachy zanim zabiorę się do kolejnego szycia według tego wykroju, bo coś tam się ciągnie, ale z już gotowego uszytku jestem całkiem zadowolona, zdecydowanie nadaje się do noszenia. Przypomina mi też sweterki typu "poor boy" z lat 60-tych, a skrócony rękaw trochę go uwspółcześnia. No i rzeczywiście jest nawet na biedną kieszeń, bo wystaczy na niego metr materiału o szerokości 150cm, a szyje się błyskawicznie. Tanio i wdzięcznie.

Wszystko, co mam na sobie, jest albo z second handu, albo stare. Spódnicę i sweter sobie uszyłam. Broszka-laleczka jest od Niko.Lete.

*Zdjęcia zrobił Bartek, mój chłopak.


Follow