Breaking the girl

I am still going with my no shopping pledge but I'm here to confess that I've just found out some things are impossible to pass up. I've been eyeing Fair Isle sweaters for a long time now: the type with some kind of an ornament usually along the shoulders, often extending in stripes to the whole sweater. There isn't a large selection of those in Polish stores, though, and those I did find were usually not the best quality so I never made a purchase and was guilt free. Then, I spotted this adorable number at an online thrift store and decided it was precisely the sweater I've been looking for all along. It was my size and it had a team of ducks design on it. And I just bought it.

I feel surprisingly ok with breaking my pledge this time. After all, it was a piece of clothing I wanted for years now, so I was bound to buy one sooner or later. It was a perfect addition to my wardrobe because I'll be able to style it multiple ways. And it was thrifted, which means an ethical purchase. The only thing I'm not too happy about is the material: 100% acrylic. It will be easy to wash but probably will only stand a few years of wear. Then again, maybe I won't want to wear a sweater with ducks in a few years' time.

Now, if I have learned anything from my shopping withdrawal so far, it is that there is one thing that makes me unable to pass up a piece of clothing: an interesting print on a unique garment (unique meaning: found at a thrift store or vintage shop). I can live without that plain navy blue woolen sweater that I've been dreaming about for months (and actually found a few that I liked). I can easily forget about that cute dress I've seen in one of the high street stores. But when I am at a thrift store and spot something featuring a quirky print --I want it.

I think it's a sort of a collector's spirit in me. I like things that are unusual and things that are an original take on a common subject, just like this sweater. I've always been a collector: my last large interest were vintage cameras that I was collecting for years and always went for the weirdest and most uncommon ones (and I gathered well over 50 of them). So now that I'm not buying a lot of clothes, my mind has cleared and my attention has shifted to pieces that are special in their own right. I actually like this approach better than ever. It makes sense to me, to want to have clothes that say something. And with the way my aesthetics developed, they won't be readily-available, plain pieces but instead, the most narrative ones: pieces that aim to tell a story. Like this team of ducks that are flying over forests and mountains on my sweater. Or these doll brooches by Niko.Lete --each of these little cuties seems to have a different personality which is why they are so addictive to collect. I currently have five of them thanks to dear Nikoleta who sent me an extra one with her last package! She said the doll reminded her of me and that's why she included her as a gift. How sweet is that!

I'm wearing: a thrifted sweater and stuff that is either old, or found, or a gift. The little doll brooches are by Niko.Lete.

*All photos by my boyfriend, Bartek
.
Nie porzucam mojego wyzwania nie-kupowania, ale z ciekawością przyglądam się temu, jak się ono rozwija. Uczę się różnych rzeczy. W miarę jak przestałam rozglądać się za ubraniami, zaczynam wyraźniej dostrzegać własne upodobania i potrzeby, i odróżniać je od chwilowych zachcianek i kaprysów.

Jedna rzecz, która staje się wyraźna, to moje zamiłowanie do rzeczy nietypowych albo takich, które w jakiś sposób grają ze znanym motywem. Trochę tak było z tym swetrem. Od dawna oglądałam się za swetrami typu Fair Isle - czyli takimi, które są dziane w pasy geometrycznych ornamentów, zwykle co najmniej w górnej części. Bardzo mi się podoba ich wzorzystość i to, że potrafią stanowić centralny element całego ubioru, więc resztę można do nich założyć dość oszczędną. Nie ma takich swetrów zbyt wiele w ofercie naszych sklepów, a przynajmniej nie rzuciło mi się w oczy nic szczególnego. Albo wzór nie w tych kolorach, albo skład materiałowy nie ten... Chciałam mieć taki sweter, ale musiał być specjalny, a nie pierwszy, lepszy.

Któregoś dnia postanowiłam przejrzeć używaną odzież na allegro pod kątem swetrów dziecięcych i trafiłam na ten w dzikie kaczki lecące ponad szczytami gór. Wymiary były dokładnie takie, jak trzeba, więc nie zastanawiałam się długo. Co prawda okazało się, że w składzie sam akryl, ale to nie jest najgorsza wiadomość - może nie przetrwa ten ciuch najbliższych trzydziestu lat, ale przynajmniej dobrze zniesie pranie.

Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że ten sweter jest właśnie tym, co uruchamia we mnie żyłkę kolekcjonera: jest trochę nieprzeciętny i trzeba go było długo szukać. Kupując ubrania w ten sposób, czuję się podobnie jak wtedy, kiedy zbierałam stare aparaty fotograficzne. I myślę, że tak właśnie chciałabym kupować ubrania: z pasji do nich jako pojedynczych, pięknych przedmiotów.

Moje wyzwanie trwa i nie planuję dalszych zakupów- ale też nie widzę powodu, by sobie wyrzucać ten sweter. To był zakup, który planowałam od lat, więc skoro pojawiła się odpowiednia rzecz - nie warto było odwlekać.

A przy okazji zwracam uwagę na broszki od Niko.Lete - które same w sobie są już małą kolekcją, bo uwielbiam to, co robi ta dziewczyna. Mam ich już pięć, a ostatnie dwie z nich przyszły do mnie w towarzystwie dodatkowej, trzeciej laleczki, którą Nikoleta dołączyła do paczki, bo stwierdziła, że ją przypominam - to jeden z milszych prezentów, jakie mnie spotkały!

Mam na sobie: sweter z second handu internetowego, broszki od Niko.Lete, a reszta stara, znaleziona lub podarowana.
Follow