4 months later


It's been four months since I pledged to not buy any clothes for a year. I think it's time for a small follow up on that. But first, let me tell you it's been a weird time. I certainly had to adjust to it mentally. At first, I kept forgetting that I shouldn't buy anything, and so, I once placed an order on a faux fur collar only to scream in terror when it arrived at my door because that was when I finally remembered: no buying of clothes! Another time I had to battle with myself at a thrift store where I'd gone with a friend, because there was this really great navy blue sweater that I coud get for just $2. But I didn't. Yay. Anyway...


I'm just a human being.
I give in to temptations. And so, I actually did buy some clothes. Most of them were vintage, though: two coats and a dress and a cardigan I haven't shown on the blog yet. I also bought a Book of Deer top as a Christmas gift for myself. Then there was this 70s handmade dress on a rack in a thrift store and I just couldn't resist. On a side note: I have this thing about handmade items that I find while thrifting. I feel like I need to rescue them because only in the warmth and safety of my closet will they be properly cherished. It may seem a bit wacko but I'm a sewer, remember? Yeah, and this brings me to point 2.

I'm not able to sew everything I want.
I was so sure of myself when I started this pledge and said I'd sew anything I needed by myself. Well, I was properly humbled in the mean time. Started sewing two coats. Finished neither. Am afraid of ruining not very precious albeit very pretty fabrics. Need to work on that.

This pledge can come across as silly.
I was talking with a friend the other day and we both agreed that actually, my pledge is nothing extraordinary. After all, we both used to have years where we wouldn't buy new clothes either because we didn't have money for that, or because we just weren't interested. So yeah, I'm not making any sort of a breakthrough. I'm aware of that and am not waiting for a gold medal when I finish. I want to do this not to prove that it's possible to not shop for clothes for a year, because, duh, it's the reality of so many people! Instead, I want to check what happens once you got used to the possibility of getting anything, anytime you want, and then it gets taken away from you. It's an experiment on a living body of yours truly. I also want to see what ways there are of acquiring clothes. I want to research ethical fashion more. Which brings me to the next point.

Finding ethical companies is hard.
It's not that they aren't out there. It's just that they don't advertise as such! Each time I find an item of clothing that I like, I try to get to know more about the brand that made it. I start with going to their site where, usually, there is a total of zero information given on production process or manufacturers' working condidions. This makes me suspicious, so I then google for that information, and, usually, find none. This, in turn, makes me irritated and I decide it's not worth it to waste my time and since I'm not allowed to buy anything anyway, I just give up. I will need to get my stuff together and try contacting brands that I really like to find out more about them. Maybe they just haven't figured out that it's ok to say you're working ethically?

This pledge isn't fun.
And I think neither will be switching to ethical shopping --at least initially. I need to own up to the fact that I like to have lots of clothes and I like them cheap. While I don't want to support brands that make their clothes in sweatshops and don't care about their workers, I admit that I like the fact that I can get a cute blouse for just under $10, in my size and delivered at my door. Shopping at thrift stores is a great alternative but can be time consuming and I don't always get the stuff I like in my size. If I want beautiful clothes made with care and great quality, I need to either make them myself, which is time consuming, or buy at ethical companies, which is usually expensive. I have a hunch this is going to force me to adjust my lifestyle to be more sustainable and just plain reasonable. It's worth it.


My main point of interest at the moment is looking for more ethical brands for the remainder of my pledge. I want to contact brands and learn from them about their process. I also want to talk about it more often on the blog, so I can share on the go any new stuff I learned. I had actually written a lengthy introductory piece on the subject a few months back and have been working on it on and off ever since, and I think it's finally time for it to be published. Otherwise, I hope to be able to do interviews with designers and shop owners, to see what people in the industry think on this topic. I'm also thinking about a series of tips for i.e. spotting ethical companies or changing your approach to fast fashion. This is all pretty new to me, but I want to give it my all.

If there is something you think is worth tackling, let me know on facebook!

Minęły już cztery miesiące odkąd postanowiłam, że przez rok nie będę kupowała ubrań. Czas na małe podsumowanie dotychczasowych efektów. Ale zanim przejdę do rzeczy, muszę się przyznać, że jest to dosyć dziwne. Musiałam się dość długo przyzwyczajać do tej nowej sytuacji. Zdarzyło mi się na przykład na początku zamówić kołnierz ze sztucznego futra, i dopiero kiedy przyniósł go kurier, przypomniałam sobie, że przecież miałam nie kupować, i zawyłam żałośnie. Stoczyłam też ze sobą bitwę w second handzie: bitwę o granatowy sweterek za dwa złote. Był idealny. Ale nie kupiłam. Brawo. Ale już ad rem...



Jestem tylko człowiekiem. 
Poddaję się pokusom. W zasadzie więc kupiłam kilka ubrań przez ten czas. Większość z nich jest jednak vintage: dwa płaszcze, sukienka i kardigan. Na święta zrobiłam sobie prezent z bluzki od Book of Deer - to jedyna nowa rzecz, za to etycznie wyprodukowana. No i była jeszcze ta ręcznie szyta sukienka z lat 70-tych, którą wypatrzyłam na wieszaku w second handzie i nie mogłam jej nie zabrać. Tak na marginesie: mam wielką słabość do ubrań domowej roboty, które czasem znajduję na ciuchach. Mam potrzebę je ratować. Tylko w cieple i bezpieczeństwie mojej szafy będą właściwie docenione. Dziwne? Wcale nie, bo przecież sama szyję. Co mi przypomina, że...

Nie potrafię uszyć wszystkiego.
Kiedy zaczynałam to wyzwanie, buńczucznie stwierdziłam, że uszyję sobie co tylko będzie mi potrzebne. Otóż nie. Skruszona przyznaję, że zaczęłam na przykład szyć dwa płaszcze i żadnego nie skończyłam. Boję się zniszczyć niezbyt drogą, ale bardzo ładną tkaninę. Muszę nad tym popracować.

To wyzwanie może się zdawać głupiutkie.
Rozmawiałam któregoś razu z koleżanką i zgodziłyśmy się co do tego, że właściwie moje wyzwanie nie jest niczym szczególnym. W końcu obie miałyśmy w życiu takie momenty, że nie kupowałyśmy ubrań przez rok, bo nie było nas na to stać albo nie było to w kręgu naszych zainteresowań. Żadnego przełomu tu nie zrobię. Zresztą nie czekam na złoty medal na końcu. Chcę w tym postanowieniu dotrwać nie dlatego, żeby udowodnić, że się da, bo - no jasne, że się da! Dla wielu ludzi to zwyczajna codzienność. Ale chcę się dowiedzieć, co się stanie, kiedy komuś przyzwyczajonemu do możliwości kupienia ciucha w dowolnej chwili, odbierze się tę możliwość. To eksperyment na żywym organizmie. Chcę przy okazji zobaczyć, w jaki inny sposób można wejść w posiadanie ubrań. Chcę też dowiedzieć się więcej o etycznej modzie. I tu dochodzimy do kolejnego punku.

Znaleźć etyczne firmy nie jest łatwo.
To nie tak, że ich nie ma. Po prostu o tym nie mówią. Ilekroć znajdę jakieś ubranie, które mi się podoba, próbuję dowiedzieć się więcej o marce, która je stworzyła. Zaczynam od zerknięcia na stronę producenta, gdzie, zazwyczaj, znajduję okrągłe zero informacji na temat ich podejścia do etyki w modzie. Robię się podejrzliwa, więc przeszukuję google pod tym kątem i, zwykle, niczego nie znajduję. Tutaj już się irytuję i stwierdzam, że szkoda mojego czasu, a skoro i tak nie mogę niczego kupić, to olewam dalsze kroki. Gdybym była bardziej cierpliwa, powinnam pisać do firm i osobiście prosić o szersze informacje na temat, który mnie interesuje. Może oni po prostu nie wiedzą, że jeśli robią coś dobrze, to trzeba o tym napisać?

To postanowienie wcale nie jest fajne.
I myślę, że przejście na etyczne podejście do zakupów też nie będzie fajne. Przynajmniej na początku. Muszę się w końcu przyznać do tego, że lubię mieć dużo ciuchów i lubię to, że są tanie. O ile nie chcę dawać swoich pieniędzy firmom, które mają gdzieś warunki pracy swoich wytwórców, to przyznaję, że podoba mi się łatwość, z jaką mogę dostać tanią i ładną bluzeczkę, w moim rozmiarze i w dodatku doręczoną przez kuriera do moich drzwi. Dobrą alternatywą jest kupowanie w second handach, ale tam nie zawsze dostanę to, czego szukam w odpowiednim rozmiarze. W poszukiwaniu ciucha idealnego i  świetnej jakości pozostaje więc albo samodzielne szycie, które zajmuje masę czasu, albo kupowanie u etycznych producentów, które jest zwykle drogie. Zmiany, w których kierunku idę, z pewnością sprawią, że będę musiała tak podejmować konsumenckie wybory i tak przeorganizować swoje życie i  by było bardziej zrównoważone i po prostu rozsądne. Czuję, że warto.



W tej chwili najbardziej ciekawi mnie poszukiwanie marek wytwarzających ubrania etycznie i temu chcę poświęcić pozostały czas. Chcę kontaktować się z firmami i dowiadywać się więcej o ich procesie produkcyjnym. Chcę więcej o tym pisać na blogu, na bieżąco dzieląc się z Wami tym, czego się dowiedziałam. Parę miesięcy temu napisałam wstępny tekst o fast fashion i zmieniałam go już tyle razy, że czas się wreszcie przełamać i go opublikować. Poza tym mam nadzieję zrobić kilka wywiadów z projektantami i właścicielami sklepów, by przekonać się, co ludzie z branży myślą na ten temat. Myślę też o serii wskazówek dotyczących np. znajdowania etycznych marek i zmieniania swojego podejścia do fast fashion. To wszystko jest dla mnie dosyć nowe, ale chcę w to włożyć całe serce.

Jeśli jest coś, co uważacie, że powinnam jeszcze omówić, dajcie mi znać na fejsbuku!

Follow