ON THE SIDE-TRACK


Just a little vacation at my boyfriend's parents' during the holiday season. We went on a walk along the tracks once or twice and these photos happened. I like this dress that I bought about two summers ago. As it is tied at the waist, it allows for my belly growing with food so it was a wise decision to take it with me. And I am definitely too full of food to even think straight, let alone write anything smart so I'll just leave you with these spring-looking photos and be on my merry way to eat some more cheesecake.


Na okres świąteczny wyjechaliśmy do rodziców mojego chłopaka, Ryby. Wybraliśmy się przy okazji raz czy dwa na spacer wzdłuż torów kolejowych, i zrobiliśmy trochę zdjęć. Lubię tę sukienkę, bo jest wiązana w talii i mogę ją wygodnie dopasować do aktualnego rozmiaru mojego brzucha. Bardzo mądrze z mojej strony, że ją ze sobą zabrałam. Brzuch jest bowiem coraz większy, a poziom najedzenia zalewa mi już głowę do tego stopnia, że z trudem myślę, nie mówiąc w ogóle o pisaniu. Zostawiam tu zdjęcia, a sama idę po jeszcze jeden kawałek sernika.

Coat: vintage
Scarf: old
Dress: Camaieu, old
Cardigan: found
Handwarmers: ?
Tights: Funpol via Allegro
Flats: Ambra
Necklace: old
Pins: Soviet Dreams via Etsy

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

Remix: yellow oversize sweater

I was honestly surprised that I don't have more outfits documented featuring this mustard yellow sweater because I wear it literally all the time. It's chunky and boxy and oversized which means it's the most comfortable piece to just throw on while doing all kinds of chores around the house. I've actually grown tired of it lately, but I don't have anything else to substitute for it and with my no-shopping pledge, it seems that I'm stuck with it for another whole year. It could be worse, though! It's a thrifted piece from a few seasons back but it still has so many years left in it. As you can see in the photo above, it is prone to pilling but I have shaved it recently (if you ever need to do it, too, just use a hair trimmer --just be careful not to cut the yarn!) and it is good as new --check out the first photo below or read the post to see the difference for yourselves.

Single photo; outfits: 1, 2, 3 (from left to right)

Przegląjąc posty w poszukiwaniu zdjęć do tego remiksu, zdziwiłam się, że ten sweter nie pojawił się więcej razy - bo noszę go niemal bez przerwy. Jest obszerny, luźny i wygodny, więc jest pierwszą rzeczą, po którą sięgam, kiedy krzątam się po domu i zmarznę. Nie mam dla niego lepszego zamiennika - może poza wełnianym sweterkiem z poprzedniego remiksu. Prawdę mówiąc trochę mi się już z tego powodu przejadł, ale biorąc pod uwagę moje wyzwanie nie-kupowanie, jestem na niego skazana przez cały najbliższy rok. To zresztą nie tak źle, bo o ile mam go już kilka sezonów, a kupiłam go w second handzie, to nie wygląda na to, żeby miał się niedługo rozpaść. Odświeżyłam go nawet niedawno, bo ma tendencję do kulkowania się, i jest jak nowy. Możecie zobaczyć różnicę między zdjęciem na górze (w wersji skudłaconej) i pierwszym na dole albo w poście (już po odświeżeniu). Gdybyście kiedyś mieli podobny problem - wystarczy sweter ogolić maszynką do włosów, trzeba tylko uważać, żeby nie przeciąć włóczki.

Follow

A rabbit in the sun

A sunny day like today called for a sunny attire. I've had this yellow dress for three years now but it hardly gets worn. I generally love heavy fabrics but the skirt on this thing is so full and stiff it's plain show-offish. So much so that I don't want to wear it on a daily basis, and only don it when I'm feeling brave. This time, I played it down with the black coat whose weight helps keep the skirt from getting too pouffy. Underneath, though, bunnies frolic. 


Obudziłam się i było tak słonecznie, że chciałam pogodzie dorównać. Rzadko noszę tę żółtą sukienkę, mimo że mam ją od kilku lat. Jest trochę zbyt ostentacyjna - i to nie ze względu na kolor, a raczej z powodu tkaniny, z której ją uszyto. Spódnica jest tak obfita i sztywna, że odstaje na wszystkie strony i wymaga trochę odwagi, by ją nosić na co dzień. Tym razem stonowałam ją czarnym płaszczem: jego waga pomogła utrzymać ją w ryzach. Pod spodem jednak harcują króliki.

Coat: Top Secret, old
Dress: thrifted
Cardigan: found
Tights: ancient
Scarf: found
Oxfords: Ambra
Tote: made it myself

*Photos by me.

Follow

I made a plaid blouse


I made this plaid blouse back in early November and have worn it quite a lot since. It proved to be a nice, wrinkle-free piece that I can pack on all my trips and wear straight out of the bag. No ironing needed. That's one good thing about polyester, I think. Miraculous non-wrinkling qualities but not much else. This is actually polyester mixed with wool, so that's its saving grace. It's decent quality fabric --and pretty. Had just enough of it to make this top. I chose a Burda pattern that I'd already made once. This time, I needed to elongate the front piece (which was weirdly short, making the arm seam shifted to the front --just a weird design quirk, I guess) in order to get the plaid to match. I figure, when sewing something as simple as this, I'd better have the decency to match my prints. It's polite to do so.

On a side note, it's nice to pair my me-made garments and wear them as whole outfits. It's starting to happen more and more often and brings me a lot of joy and just a little bit of pride. 

Uszyłam tę bluzkę w kratę na początku listopada i nosiłam ją sporo od tego czasu, tylko jakoś nie trafiła na bloga. To wykrój, którego użyłam już wcześniej. Tym razem musiałam nieco przedłużyć część przodu, żeby spasować kratę na ramionach. To tak prosty krój, że nie wypada wręcz nie postarać się o pasowanie wzoru. Tkanina jest trochę wełniana i bardzo poliestrowa. Z tego drugiego powodu nie gniecie się, a więc łatwo ją zapakować na wyjazd i potem nosić prosto z walizki, bez wizyty przy desce do prasowania. Ale to chyba jedyna zaleta poliestru. Ten jest chociaż przyjemny w dotyku i dobrej jakości. No i ładny w sumie. Miałam go tyle, co na tę bluzkę, i dobrze.

A przy okazji chciałam powiedzieć, że miło jest nosić zestawy złożone z własnoręcznie zrobionych ubrań. Coraz częściej mi się to zdarza. Cieszy mnie to i napawa odrobiną dumy.


Blouse: made it myself
Pattern: from Burda
Fabric: poly-wool, thrifted
Skirt: made it myself
Pattern: Świat Mody, 1969
Fabric: wool, thrifted
Jacket: Camaieu
Tights: ?
Scarf: Voegele, old
Hat: old
Booties: Rossmann, old

Follow

Weird winter

This winter is definitely weird. We often get winters around here that are snowless yet ice cold. This year, though, it feels almost like spring. It's warm and even sunny and nature seems to be waking up from its autumn dizziness already --shoots are appearing on the trees and bushes and the grass got vibrantly green in some places. It's the most unusual sight.

Wiosnę mamy w powietrzu tej zimy. Drobiazgi na drzewach i krzakach już się zawiązują, trawa jest dziwnie soczyście zielona. Przy tym taka sepia w powietrzu wciąż, i jesień. W zasadzie noszę płaszcz bardziej z przyzwoitości niż z potrzeby, bo jest ciepło i nie marznę. Niechby tak zostało.

Dress: Nife
Blouse: vintage, from my mum
Tights: Funpol via Allegro
Flats: Ambra
Coat: Top Secret, old
Scarf: found

*Photos by me.

Follow

Inspirations: Kate Rowland

Kate Rowland

Recently, while looking through various etsy listings for brooches (I'm a fan of brooches, can you tell?), I came about Kate's little store and it immediatelly caught my attention with the greenhouse necklace --it's just so original with the drawing of the jungle inside! An intriguing take on the laser-cut wood technique. I stayed longer and feasted my eyes on her other ideas. Her jewellery is influenced by popular culture, film and series (Game of Thrones Hand pin? Sherlock quote? It's all there! ) and it's got that nice tongue-in-cheek quality to it that I always appreciate. I mean, that twin peaks collar pin? Delightful pun.


Przeglądając niedawno etsy w poszukiwaniu broszek (jestem fanką broszek, to widać?), trafiłam do sklepu Kate i błyskawicznie mnie przyciągnął naszyjnik ze szklarnią. Jest taki oryginalny dzięki roślinom narysowanym w środku! Wygląda bardzo trójwymiarowo i myślę, że to bardzo fajne i nowe podejście do biżuterii powstającej w technice laserowo ciętego drewna. Rozejrzałam się więc dalej i znalazłam masę zabawnych odniesień do popkultury, seriali i filmów - jest tu Gra o tron, jest Sherlock, są i Twin Peaks. Wszystko zadziorne, z przymrużeniem oka, wizualna i językowa (dwa szczyty czyli twin peaks jako przypinki do kołnierzyka zupełnie mnie rozbroiły) radość.

All photos (c) Kate Rowland.

Follow

Remix: the floral mini

Outfits: 1, 2, 3, 4 (clockwise).

I bought this skirt a few summers ago and the funny thing about it is that I rarely ever wear it in summer. It's made of sheer chiffon with a black lace trim at the hem and it would appear that it was made to be worn in warm days but... I feel like it's too short for me to wear without tights and so, I turn to it mostly in the autumn and winter, and layer over it with cozy sweaters and roomy blazers.

Follow

Fish and ships

The other day we spent in Gdańsk, we just wandered around the old city and were looking in part at the beautiful architecture and in part for food. Food is our hobby, really. We like to eat together. I mean, solo, I don't even cook. I could very well live on just sandwiches and scrambled eggs. But together, we like to check out different tastes and flavors and textures. It is true we eat way too much of the same because we know what we like (sushi is our favorite and we tend to always order at the same place and get the large set that is way too much to eat but it's just so perfect --so sue us. Overeating on sushi is our grandest luxury in life). Going to new cities or countries is always exciting and we want to check out new dishes. Being at the seaside called for some fish, and hence, fish was had. Also some Vilnius cuisine. And undercooked pancakes in one place. Happens.

All this to say: this was my outfit for a day of walking around and eating stuff and doing some dreaded sight-seeing (I'm an anthropologist and there are few things I consider a bigger offense than doing sight-seeing, and yet, I do it shamelessly). I also went to a heavy metal concert in this outfit because... well, this is what I wear now. I did look out of place but at the same time, standing just by the stage and screaming along to the music with all the other people felt good, regardless of my attire.

Oh, and no, I don't smoke. The pipe belongs to the Fish. Just a nice prop.

Drugi dzień w Gdańsku spędziliśmy na oglądaniu starego miasta i poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Lubimy razem jeść. To znaczy, sama nawet nie gotuję. Mogłabym żywić się kanapkami i jajecznicą. Ale razem lubimy sprawdzać nowe smaki, zapachy i faktury. Co prawda zbyt często jadamy to samo (najbardziej lubimy sushi, zawsze zamawiamy je z jednego miejsca i zawsze za dużo. No i co z tego?). Dlatego wyjazd do innego miasta lub kraju zawsze jest okazją do znalezienia czegoś nowego do jedzenia. A skoro byliśmy nad morzem, prosiło się o rybę. A więc ryba była jedzona (Elephant przy długiej - porcje olbrzymie i pyszne żarcie, miła obsługa, wrócimy na pewno), a także kuchnia reklamująca się jako wileńska. I niedosmażone naleśniki. To się niestety też zdarza.

Właściwie to chciałam powiedzieć, że to był mój zestaw zwiedzająco-koncertowy. Trochę zabawnie musiałam wyglądać na metalowym koncercie w tych ciuchach, ale tak się teraz ubieram, więc jaki sens to zmieniać na jeden wieczór? Pod sceną, w ścisku i wrzasku, nie miało to żadnego znaczenia.

A, no i nie palę. Fajka jest Ryby. Po prostu fajne akcesorium.

Jacket: thrifted
Sweater: Mango, old
Shirt: found
Jeans: C&A, old
Boots: Nord
Brooch: NikoLete

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

Lovely Blogs: Coeurs de Foxes

Coeurs de Foxes

Kasia of Coeurs de Foxes is the Polish blogosphere sweetheart. She's probably the most original blogger out there, with an enormous imagination capable of the most amazing transformations. She's a true rebel, refusing to follow any rules other than her own --and those seem to include as much cuteness as possible. She's happy to mix the boldest patterns and use the quirkiest accessories. She mixes the high and the low and the designer with the artisan in such a way that you couldn't care less about the tags on her clothes: they only serve to describe her, and without her personal touch, they don't matter at all. She can play around with fashion like no one else, creating on her blog an utterly adorable world filled with tongue-in-cheek visual commentary on contemporary trends. Her knowledge of fashion and its history shows true passion. Her personal style is a constant source of inspiration, even though I'm well aware I will never be able to achieve her levels of cuteness (and I shouldn't even try... the queen can only be one).

There is another thing about her that I admire: it's her strength and courage. Every day she fights with a chronic autoimmune disorder called rheumatoid arthritis. You can read about it in a very touching book she has recently written. It's a sickness that influences her everyday life in many ways --and yet, she chooses not to let that define her. There are so many things about Kasia that constitute who she is! And, among other things, she's a compassionate person who wants to help others. When she asked me if I could help her spread the word about a social campaign that aims to change the way people view rheumatism, I was happy to do my part. Kasia's face is already a part of that campaign, called Rheumatism has a young face. I believe it is important for us all to recognize that some disorders that are usually associated with elder people, can also touch the young. It's equally important to know that a sickness, no matter how bad it is, can be dealt with, even when it would seem that it prevents people from living their lives to the full. Kasia is a shining example of that. In her own words:

I don't take part in health-oriented campaigns very often because I don't want to think about sickness on a daily basis. But Rheumatism has a young face is important to me because it breaks stereotypes. I live with RA every day and I know how little people know about this disorder --and they should know more. More and more young people get sick and they should know about RA's existence and how to cure it.




Kasia z Coeurs de Foxes jest ulubienicą polskiej blogosfery. Jest najbardziej oryginalną blogerką, jaką znam, z ogromną wyobraźnią zdolną do najciekawszych przeobrażeń. Jest prawdziwą buntowniczką i nie poddaje się żadnym zasadom - poza własnymi, które zdają się wymagać maksymalnej dawki słodyczy. Odważnie łączy ze sobą wzory i kolory, i wynajduje niesamowite akcesoria. Miesza modę wysoką z modą uliczną, dizajnerskie ciuchy z produktami rzemieślniczych rąk, a robi to w taki sposób, że metki nie mają najmniejszego znaczenia - bo wszystkie ubrania służą wyłącznie wyrażeniu zamysłu Kasi i jej osobowości. Bawi się modą jak nikt inny, a jej blog to przeurocze miejsce, pełne ironicznych wizualnych komentarzy na temat współczesnych trendów. Przy tym z wielką pasją dzieli się swoją wiedzą o modzie i jej historii. Jej osobisty styl jest dla mnie ciągłym źródłem inspiracji - chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie osiągnę jej stopnia uroczości (i nie powinnam nawet próbować, bo królowa może być tylko jedna).

Jest jeszcze coś, co podziwiam w Kasi: jej siłę i odwagę. Każdego dnia walczy z chorobą autoimmunologiczną znaną jako reumatoidalne zapalenie stawów. To choroba, która poważnie wpływa na jej codzienne życie - a jednak Kasia nie pozwala, by ją to definiowało. Jest tyle innych cech, które ją opisują - między innymi wrażliwość na innych i chęć niesienia pomocy. Chętnie się zgodziłam, kiedy poprosiła mnie, żebym napisała parę słów o akcji społecznej, w której bierze udział: Reumatyzm ma młodą twarz. Jej własna twarz już jest częścią akcji. Siła kampanii leży w tym, że zwraca uwagę na fakt, że pewne choroby, które zwykle kojarzone są ze starszą częścią społeczeństwa, mogą dotknąć też młodych ludzi. Ważne jest, żeby wiedzieć, że, niezależnie od powagi choroby, zawsze można walczyć o lepszą jakość codziennego życia. Kasia jest tego najlepszym przykładem. Sama mówi o akcji tak:
Nieczęsto biorę udział w jakichkolwiek akcjach związanych ze zdrowiem, ponieważ na co dzień jak najbardziej chcę się odciąć od chorób. Akcja Reumatyzm ma młodą twarz jest dla mnie ważna, ponieważ to akcja społeczna, która łamie stereotypy. Na co dzień żyję z RZS i wiem jak ludzie mało wiedzą o tej chorobie, a powinni wiedzieć więcej. Coraz więcej młodych ludzi na nią choruje i myślę, że dobrze byłoby żeby wiedzieli o jej istnieniu i o tym, jak się leczyć.
Myślę, że warto przekazać dalej ten wymowny plakat. Jeśli chcecie poznać założenia akcji, kliknijcie tutaj.



Follow

By the sea

We went to the seaside briefly, to see one of our all-time favourite bands. My boyfriend, The Fish surprised me with tickets to Judas Priest not long after I told him I had made a pledge to myself back in high school that I would go see them once. I never went, though, and, frankly, I really hadn't thought I would actually do. That's how I am, probably. A few years ago I was very much into another band and I was so thrilled when I learned they were touring Europe and coming to my city that I bought my ticket immediatelly. But I never went. I lacked the courage to go to some unknown club filled with a crowd of strangers. I stayed with my friends that night, and it wasn't particularly fun anyway, and the band I was so much into stopped playing a year later, so I really missed out. I guess I never would have kept my own promise this time, either, if it wasn't for The Fish.

It was nice to stay at the seaside for a while, even though we only had one day of (somewhat) sunshine. We went to the beach that day, just to see the big water. It was windy but the sea was perfectly calm, with only the tiniest waves forming. 

Pojechaliśmy nad morze na koncert z dawna ulubionego zespołu. Mój chłopak, Ryba, zaskoczył mnie biletami na Judas Priest niedługo po tym, jak opowiedziałam mu, że jeszcze w liceum obiecałam sobie usłyszeć ich kiedyś na żywo. Prawdę mówiąc nie sądziłam nigdy, że dotrzymam tej obietnicy. Taka już jestem. Parę lat temu zespół, który wówczas uwielbiałam, miał trasę po Europie i zawitał do Warszawy. Bilet kupiłam dużo wcześniej i byłam bardzo podekscytowana, ale na koncert nie poszłam. Zabrakło mi odwagi, żeby iść w nowe miejsce i stać w tłumie obcych ludzi. Spędziłam tamten wieczór ze znajomymi i nawet nie było szczególnie fajnie, a jakiś rok później zespół się rozpadł, więc naprawdę sporo straciłam. Chyba i tym razem nie dotrzymałabym sobie samej danego słowa, gdyby nie Ryba.

Nad morzem byliśmy dwa dni i tylko jeden z nich był w miarę słoneczny. Poszliśmy wtedy na plażę, żeby zobaczyć choć przez chwilę dużą wodę. Wiatr wiał bardzo mocno, ale morze było zupełnie spokojne, formowały się tylko maleńkie fale.  


Jacket: from my Granny's Closet
Denim Jacket: thrifted
Sweater: Mango, old
Skirt: New Look
Socks: Funpol via Allegro
Ankle boots: Zign
Necklace: old
Scarf: a piece of wool from my stash
Hat: old

*Photos by my boyfriend, The Fish,

Follow

Deflated disco ball

My boyfriend, The Fish, referred to this sequin-covered cap as a "deflated disco ball" and I like this comparison. The cap is a total head-turner and many people who look at me wearing it, frown at how show-offish it is but I think it's actually silly and funny and I wear it for the proverbial lulz.

The tent dress I sewed earlier this autumn proved difficult to style differently than just with a shirt underneath. I wore it a few times with different white blouses but it all looked pretty much the same. Once I've found this turtleneck, I knew it would be a good fit for a colder day. And it is. As much as I don't like turtlenecks, I might be finding some use for this one later on, especially since I can feel this particular piece of wardrobe making a huge comeback with the 1970s being on trend right now --a trend I do not despise for once, and am pretty happy to exploit for my own pleasure.

Mój chłopak, Ryba, nazwał tę obszytą cekinami czapkę "sflczałą kulą dyskotekową" i podoba mi się to porównanie. Za czapką oglądają się ludzie - a oglądają się często z niesmakiem, bo taka strasznie krzykliwa. Ja z kolei uważam, że jest zabawna i głupkowata, i noszę ją dla śmiechu. 

Sukienka namiotowa, którą uszyłam wcześniej tej jesieni, okazała się trudna do zestawienia inaczej niż po prostu z białą koszulą pod spodem. Tak też ją do tej pory nosiłam. Trochę nudno. Na szczęście znalazłam ten szary golf - i na pewno mi się przyda w miarę, jak będzie się robiło chłodniej. Nie przepadam za golfami, ale może się do nich przekonam, zwłaszcza, że, jak sądzę, zrobią powrót w wielkim stylu teraz, kiedy lata 70-te są w modowym natarciu. To akurat trend, na widok którego nie dostaję gęsiej skórki, i zamierzam sobie ten przyjemny kaprys projektantów wykorzystać na własnu użytek.

Dress: made it myself
Turtleneck: found
Overknee socks: Funpol via Allegro
Sequin cap: no name from a now-closed local shop
Tights: ?
Ankle boots: Zign

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow