A new pledge

During the last year, when I started to sew a lot more than before, I have noticed my decreased interest in shop-available clothing. The reasons are many and I will list them below but the point of this post is a little different. Read on to see where all this pondering brought me.
So, why have I lost interest in ready made clothes?
The most important issue, to me, is the matter of ethically made clothing. The rule of a thumb is, where clothing is made, people usually suffer. They don't earn a living wage, they work in dangerous conditions and they make things that are supposed to fall apart, something I personally feel is horrific and degrading. This topic is a huge one and I want to talk all about it more on the blog but for the time being, let me just state this: most of the clothing available in stores is not ethically made. Full stop. And while I understand that my personal consciousness about it is a weak weapon against this happening, I still don't want to take part in any of it. I don't want to buy clothing that was made while endangering someone's life.

Then there is the matter of quality, which is attatched to the previous point. In the high street shops what you get is usually poorly made and even if I take care of the clothes, they don't last. They are usually made of bad quality cotton or polyester and are uncomfortable to wear (polyester doesn't breathe, people!) or get damaged easily (bad quality cotton stretches and rips stupid). I want to wear good quality clothes that I can take care of to make them last. Like those I found in my Granny's closet that are 50 years old and still in great shape.

Another point that I find of personal importance is that most of the currently-made clothes don't interest me because of their cut --I prefer retro and classic lines to the modern minimalistic approach and the clean geometric form. I can appreciate the effort but I just don't feel --or look --good in those styles. So that scratches a lot of RTW off my list. 

On the other hand, with my current financial disposition, I can't afford clothes that I would love to wear. Most of them are designer clothes, a lot of them are more classic in shape and beautifully finished and made from high quality natural fibres, and, at least sometimes, in good working conditions by well-paid empoyees. They are precisely what I crave in clothing. Maybe I could save up for them if I stopped buying cheaper stuff? 

So I don't like it where the clothing industry is going. But I can sew for myself. I can reproduce pieces that I like from high street shops and from couture makers --in decent fabrics, with great fit and, well, with no one getting harmed. 
And all this brought me to the logical conclusion that is a little surprising at first: I don't want to buy clothes

So I won't buy clothes. 

I decided upon this on September 1st, 2015 (yes, I started writing this post a month ago. No problems with not shopping so far) and I want this to go on for a year --and we'll see what happens next.
Honestly, I already have a lot of stuff. And I can sew a lot of stuff. What I don't know how to sew, I will learn. It will be a good challenge: I'll have to make my own trousers and jackets and coats and lingerie. I'll learn to work with knits. I'll perfect my techniques and if I work hard, I will have a solid proof that I can make good pieces that last and work for me.
I'll be lenient when it comes to buying socks and tights, though, because I can't make those myself. I'm also allowing the buying of shoes and accessories --ideally artisan made. No more than 6 pairs of shoes a year, though (it's a reasonable number as I like shoes and buy quite a lot of them, so this will make me restrain myself). During that time I want to focus on finding ethically run brands that make clothes locally and offer great quality. I want to find artisans who make beautiful things. This is the one part of our consumer culture that I want to support. If you know of such brands and independent makers, let me know!

And that's it. I'll let you know how it went on September 1st, 2016. I'm curious about the way it will develop. This is my pledge to myself and a test of my skills. If you want to join in, let me know. It's a year for me but you can choose a month or a season. Why not give it a try? It would be interesting to see how others approach a challenge like this. 
W ciągu ostatniego roku, kiedy zaczęłam szyć sobie więcej ubrań, przestała mnie interesować oferta sklepów odzieżowych. Powodów jest wiele i wyliczę je pokrótce poniżej. Zobaczcie, gdzie mnie to całe dumanie zaprowadziło.

Dlaczego przestały mnie interesować ubrania dostępne w sklepach?

Najważniejszą dla mnie kwestią jest etyczna produkcja odzieży. Ogólna zasada, niestety, brzmi: gdzie robią ubrania, tam ktoś na tym cierpi. Wytwórcy ubrań, które mamy na swoich bezpiecznych, białych grzbietach, pracują w niebezpiecznych warunkach, nie zarabiają nawet na codzienne utrzymanie i produkują przedmioty, które mają się błyskawicznie rozpaść, co mnie osobiście wydaje się przerażające. Temat etycznego wytwarzania ubrań jest bardzo szeroki i nie raz będę jeszcze podejowała go na blogu. Póki co powiem tylko tyle: większość ubrań, które możemy kupić w sieciowych sklepach nie jest wytworzona etycznie. Kropka. A ja po prostu nie chcę brać udziału w niesprawiedliwości wobec innych ludzi, która dzieje się tylko po to, żeby mnie samej było wygodnie. Nie chcę kupować ubrań, które powstają przy pokrzywdzeniu ludzkiego życia i ludzkiej godności.

Druga kwestia to jakość ubrań - mocno powiązana z poprzednim punktem. W sieciówkach większość ubrań jest słabej jakości i nawet, jeśli o nie dbam, szybko się niszczą. Wynika to z zastosowanych materiałów: tworzyw syntetycznych czyli głównie poliestru i słabej jakości bawełny. Ten pierwszy nosi się niewygodnie, bo nie oddycha, a druga rozciąga się i drze jak głupia. Chcę nosić ubrania dobrej jakości, o które będę mogła zadbać tak, że wystarczą na lata. Tak, jak ubrania, które znalazłam w szafie Babci - pięćdziesięcioletnie i wciąż w doskonałym stanie.

Kolejnym punktem, który ma zastosowanie dla mnie osobiście, jest moje niedopasowanie do współcześnie oferowanych projektów ubrań. Zdecydowanie lepiej się czuję w ubraniach, które podkreślają moją sylwetkę i mają elementy mody retro. Współczesny minimalizm i geometryczne formy robią na mnie wrażenie, ale nie umiem i nie chcę ich nosić. Co sprawia, że oferta wielu  marek ready-to-wear po prostu do mnie nie trafi.

Z kolei przy moich obecnych możliwościach finansowych nie mogę sobie pozwolić na ubrania, które uwielbiałabym nosić. Większość z nich pochodzi z designerskich marek, które tworzą w oparciu o bardziej klasyczne formy, używają naturalnych materiałów i, przynajmniej czasami, wytwarzają odzież etycznie. To dokładnie to, czego szukam w ubraniach. Być może udałoby mi się zaoszczędzić na taką odzież, gdybym przestała kupować tańsze odpowiedniki?

Poza tym wszystkim - mogę uszyć sobie coś, co chcę nosić. Mogę zreprodukować ubrania zarówno z górnej, jak i z niższej półki - uszyć je w dobrym gatunku, świetnie dopasowne i, jakby nie patrzeć, nie krzywdząc nikogo. 

Całe to myślenie doprowadziło mnie do prostego i logicznego wniosku, który może zdawać się trochę zaskakujący: nie chcę kupować ubrań

Więc nie będę kupować ubrań.

Podjęłam tę decyzję 1. września 2015 (tak, zaczęłam pisać tego posta miesiąc temu. Póki co - żadnych problemów z niekupowaniem) i chcę, by to trwało przez rok. Potem - zobaczymy.

Prawdę mówiąc mam sporo ciuchów. I mogę sobie kolejne ciuchy uszyć. Jeśli czegoś nie umiem, to się nauczę. To będzie dobre wyzwanie: będę musiała uszyć sobie bieliznę, opanować dzianiny, spodnie i odzież wierzchnią. Będę się doskonalić i jeśli się przyłożę, to będę miała solidny dowód, że potrafię zrobić porządne ubranie, które będzie mi długo służyło.

Będę co prawda wyrozumiała jeśli chodzi o kupowanie skarpetek i rajstop, bo tego sobie nie uszyję. Postanowiłam też pozwolić sobie na buty - sześć par w roku (to dużo i mało; lubię kupować buty, więc ta liczba mnie ograniczy). Daję sobie też dyspensę na biżuterię i akcesoria - najchętniej od rękodzielników. Chcę się w tym roku skupić na poszukiwaniach marek, które tworzą lokalnie, etycznie i rękodzielniczo - to jest kawałek konsumpcjonistycznego świata, który chcę wspierać. Jeśli znacie takie marki i niezależnych twórców - dajcie mi znać.

I tyle. Za rok dam Wam znać, jak mi poszło. Jestem bardzo ciekawa, jak to się rozwinie. Jeśli macie ochotę do mnie dołączyć, to piszcie mi o tym śmiało! Sobie wyznaczyłam rok, ale może Wy chcecie przetestować siebie chociaż przez miesiąc albo przez kwartał? Spróbujecie? Byłoby ciekawie zobaczyć, jak inni podchodzą do takiego wyzwania i jakie wyciągną wnioski.

*Photos by my boyfriend, The Fish, and me.

Follow facebook bloglovin pinterest instagram tumblr email

Adolescent

This look is a mix of my retro-inspired silhouettes with boho-esque aspirations and the I-just-came-back-from-a-trip-to-the-mountains kinda feel. I feel very adolescent in this outfit and I like that feeling. If I had been a classier teen than I really was, I'd probably have dressed like this on a daily basis. I remember looking up to girls who could do the layering thing so glamorously in autumn and thinking I could never pull it off myself. But as it turns out, it's something you have to learn and I'm sure everyone is capable of doing it.

I'm so very glad I bought these boots last year! They proved to be indispensable in the spring and now in autumn I want to wear them with everything. They are still good as new and haven't lost shape after being worn a lot and I'm hoping they'll last for many seasons to come, especially that they are just so flattering and comfortable AND locally/ethically made. I was considering buying another pair, this time in black, but I think I'll give another local brand a shot, I'm already eyeing one... I'm sure two pairs of the same design would be ok, especially with this one being so great, but I guess I'm spoiled and I want something new. 




Ten zestaw łączy w sobie moją standardową sylwetkę inspirowaną retro z lekkimi aspiracjami w stronę boho i odrobiną mocno narracyjnego właśnie-wróciłam-z-gór (no, może nie z tą torebką w góry). Bardzo nastoletnio się czuję w tego rodzaju ubraniach i gdybym była bardziej modną nastolatką niż byłam, to pewnie tak właśnie bym się ubierała te kilkanaście lat temu. Wtedy jednak patrzyłam zazdrośnie na dziewczyny, które potrafiły z tego cebulowatego stylu wyciągnąć to, co najlepsze, i wydawało mi się, że sama się do tego nie nadaję, bo nie umiem. Ale jednak, jak się okazuje, wszystko jest do nauczenia.

Bardzo się cieszę, że kupiłam w zeszłym roku te buty! Były nieocenione wiosną i teraz, jesienią, chcę je nosić do wszystkiego. Zniosły wiele - a jestem bardzo wymagającą użytkowniczką obuwia - i nie straciły fasonu ani się nie zniszczyły. To dobrze rokuje, bo zakładam, że zostaną ze mną jeszcze przez wiele sezonów. Zastanawiałam się nawet czy nie kupić drugiej pary, tym razem czarnej, bo są sprawdzone, wygodne, wytrzymałe, a do tego wyprodukowane w Polsce i, z tego co się orientuję, etycznie. Można mieć przecież dwie świetne buty jednego projektu. Przyglądam się jednak innym, też lokalnie wytworzonym, bo jestem rozpieszczona i chcę czegoś nowego.


Jacket: thrifted
Sweater: found
Dress (worn as skirt): thrifted
Scarf: found
Purse: L'Artigiano
Boots: Wojas
Tights: ?

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

Charred fields

Around this time of the year, our favorite fields burn down. I'm not sure if someone lights them up intentionally or if they fire up on their own, in the late summer heat. The ground afterwards is charred black and dotted with small white snail shells. Stumps of weeds crush under your feet as you wander around the smaller trees and bushes that found themselves in between the tall grasses and burned, too. They are left with their leaves prematurely reddened. I'm not sure they'll live to see another year.





W tej części roku nasze ulubione pola od czasu do czasu płoną. Nie wiem czy ktoś podpala je celowo, czy zapalają się od letniej spiekoty. Zostaje po nich osmalona ziemia i kikuty traw, a pośród nich białe muszelki ślimaków. Młode drzewa i drobne krzewy, które zaplątały się między nimi, rudzieją przedwcześnie. Nie wiem czy dożyją następnego roku.
Shirt: my Granny's, a gift
Cardi: thrifted
Skirt: a gift from my friend Ada
Bag: Even&Odd via Zalando
Socks: Rossmann
Shoes: Ambra
Belt: vintage, from my Mum

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

Neuer Schnitt 08/1963

About a year ago I was lucky to snatch a nice big set of Neuer Schnitt magazines from the 1960s pretty much for the price of one. That IS lucky, you better believe me, those things go as expensive as $20-30 a piece. Having 10+ of them arrive at my door made me extremly happy. Still, the styles within those issues are not my ususal go-tos. The 1960s as portrayed by the Neuer Schnitt seem to be a little too elegant and polite for my taste. You know, it's the advent of pencil skirts and two-pieces and office clothing. Not really my king of thing, even if I am currently seeking a detour from my usual fit&flare style. Still, there are some gems in each issue that I'm coveting and I'll finally get to making them, one day.

In this particular case, one of the gems has already been done and I like it a lot. It's the plaid dress with kimono sleeves from page 8 that I made a year ago in soft and pretty wool blend and actually wore way too infrequently.

I also like the jacket from page 30 and I'll probably be making it at some point in time, because it looks like it could work similar to my denim jackets. I'm hoping to get to it sooner rather than later because the autumn's coming and I need to sew myself some warm clothes before winter's here.

Jakoś rok temu udało mi się kupić zestaw kilkunastu zeszytów Neuer Schnitt z lat 60-tych za cenę mniej więcej jednego. To zdecydowanie dużo szczęścia, jeśli weźmie się pod uwagę, że jeden taki numer potrafi kosztować około 70-100 zł, więc radość nie przeszła mi do dziś. A jednak Neuer Schnitt z tamtych czasów obfituje w bardzo ułożone i grzeczne ubrania: to wielka chwila dla ołówkowych spódnic i garsonek, i odzieży do biura. To nie do końca to, czego szukam, nawet jeśli w tej chwili mam ochotę na jakieś zmiany w swoim stylu. Ale i wśród tej rewii elegancji tutaj znajduję coś, co bardzo mi się podoba i co z pewnością kiedyś uszyję.

W wypadku tego numeru nawet już uszyłam. Rok temu powstała sukienka ze strony 8 - ta w kratę, z odwróconym kołnierzykiem. Uszyłam ją z mieszanki z wełną, pokazywałam tutaj i zdecydowanie zbyt rzadko potem nosiłam.

Z tego wydania podoba mi się też kurteczka ze strony 30. Wygląda jak coś, co nadawałoby się na dobry zamiennik moich dżinsowych kurtek, więc pewnie prędzej czy później zabiorę się za nią. Być może nawet prędzej, jeśli wystarczy mi czasu, bo jesień idzie i trzeba się zabrać za szycie czegoś cieplejszego.

Follow

I made a wedding dress

I wanted to show you these photos for the longest time and I actually did to those of you who follow me on Facebook but then... life happened and I forgot to post them to Robot! I've honestly had so much on my mind for the last few months that I feel like I'm now running on empty and so, some erratic behaviour is starting to appear on my part. Sorry about that! I'll try to keep it out of the blog as much as possible and I'll do my best to post as often as I can in the coming weeks. I believe the crazy time schedule will be nearing its end by the first half of October so I'm bound to come back by then.


Now, about the photos and about the dress: it was my first wedding dress sewn for a client. Scratch that. It was my first dress made for a client. Before, I'd only done skirts and small stuff like bowties or collars. So this thing was big. After we agreed on the cut and shape of the dress, I did my best with measurements and drafted my own pattern --and it turned out to fit pretty well, although the poor bride-to-be had to visit me so many times for alterations... I guess my drafting skills aren't that great, especially when it came to working out how to sew for a non-standard figure (my client had a spine surgery as a kid and her back was very flat as a result... with one shoulder blade sticking out. Go figure.) In the end I decided I wasn't ready for such complicated matters and settled on a pattern that I knew worked well. Sometimes it's better to be humble and admit to your mistakes rather than keep pressing to improve something that just won't work, am I right? I made the necessary adjustments to the pattern and we were happy with the result, and that's the most important thing.


The dress is sewn from gorgeous sky-blue cotton satin and I had no idea it was so hard to come by cotton satin, not to mention a blue one (at least here in Poland). It was a pleasure to sew with it, seriously. I used french seams where possible, added pockets to the skirt and the whole thing was lined with sheer cotton. I hemmed the skirt with contrasting bias tape by hand which looked great but sewing with my head down for some 8 hours made my back ache for a week. The lace overlay is actually "lace" --it's embroidered tulle. It was sewn according to a different pattern than the dress' bodice and sadly, the tulle turned out to be stretchy and bagged out way too quickly. I probably would've made the ovrlay a size smaller, now that I know this.



Our friends are joking that we're now running a sew&photograph  business because we also documented the wedding (and we're going to photograph another wedding for which I am currently sewing). I actually love the idea! It combines two things I enjoy doing in life so who knows? Maybe we'll have more opportinities to do this in the future. I sure hope we do!




Chciałam Wam pokazać te zdjęcia już dawno - i właściwie to zrobiłam, jeśli lubicie Robota na fejsbuku - ale przyszło życie i zmieniło mi plany, i zapomniałam opublikować zdjęcia na blogu. Przez ostatnie dwa miesiące działo się bardzo dużo i trochę już wysiadam, ale staram się trzymać formę. Jeśli czasem zdarzą się jakieś blogowe obsuwy, to wybaczcie. 

A wracając do szycia: to była moja pierwsza ślubna sukienka - a właściwie w ogóle pierwsza sukienka - którą szyłam dla kogoś. Duża sprawa. I bardzo się cieszę, że się tego podjęłam. Trochę było kombinowania i poprawiania, i w końcu nawet zdecydowałam się zmienić wykrój z własnego na sprawdzony, gotowy, ale dużo się przy tym nauczyłam, a najważniejsze, że poradziłam sobie i że klientka była zadowolona z efektu.

Szyłam z pięknej bawełnianej satyny w kolorze nieba - zresztą nie macie nawet pojęcia, jak trudno dostać bawełnianą satynę, a do tego niebieską (przynajmniej w Polsce). Szycie takiego mięsistego materiału to przyjemność. Całość jest na podszewce, a na wierzchu jest bolerko z haftowanego tiulu. Co mogłam, uszyłam szwami francuskimi, sporo elementów wykończyłam ręcznie (łącznie z podłożeniem spódnicy lamówką - jakieś 8 godzin roboty i jakiś tydzień bolących pleców). Teraz, po ślubie i zdjęciach, wiem, że gdybym zaczynała od nowa, to uszyłabym bolerko o rozmiar mniejsze, bo tiul się błyskawicznie porozciągał i wypchał.

Nasi znajomi żartują sobie, że będziemy teraz prowadzić biznes spod znaku "szyję i fotografuję", bo jakoś tak wychodzi, że robiliśmy dokumentację z tego ślubu i niebawem będziemy fotografować kolejny, na który szyję sukienkę. Bardzo mi się to podoba, bo to dwie rzeczy, które lubię w życiu robić. No to oby!


Follow

I made a dress and it's pretty

I think most of you will agree with me when I say there's always a reason to get a new dress. For me, this time, it was a need to test a new pattern before suggesting it to a client (I'm sewing another wedding dress right now). I wanted to make a fully lined dress so I cut, I sewed, I screwed a lot and ripped a lot and sewed again and after a lot of cussing and banging my head on the table (I made the silliest mistakes, really), the dress was done and looking quite wonderful, I must say. I like the cut so much that I want to make another one, only in a less elegant fabric, because this white poly-cotton in pink dots seems really posh to me for some reason and I wouldn't feel right wearing it on a daily basis (although I could probably find a way to play it down a bit). I also would like to change the shape of the skirt for something less glamorous --the shape of this one here was dictated by a shortage of my main fabric. I could only make a short-ish half-circle skirt out of it and decided it wasn't enough so I made a full circle underskirt and it looks rockin'.
I used a pattern from Flotte Kleidung, a magazine from early 1950s. It's an interesting variation on a wrap dress: this time, the wraps only cover the bust! There is a panel sewn into waist that covers the belly and is sewn together with the sides of the front. It's a little hard to explain but I think it's enough that the effect is really pretty and seems to work on most of the figures. Up till now this dress was worn by my and my friend (who has a bigger bust than I do and she looked ten times more fabulous in it than me, and I do look good in it, too) and the mock-up larger size version that I made for the client was tested by the client herself and my mum --and we all looked great. So, here's to sewing dresses!






Pewnie część z Was się ze mną zgodzi, że każdy powód jest dobry, żeby mieć nową sukienkę. Na przykład ja szyję sukienkę ślubną numer dwa i chciałam przetestować nowy wykrój, zanim zaproponuję go klientce, więc uszyłam najpierw wersję dla siebie. Wykrój okazał się tyleż atrakcyjny, co zaskakujący - nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle prułam i psułam, ale udało się i jestem zadowolona z efektu. Planuję uszyć więcej takich sukienek, tylko już z mniej zobowiązujących materiałów niż biały w różowe groszki (kto by pomyślał, że taki materiał w połączeniu z tym krojem będzie wyglądał tak elegancko!) i prawdopodobnie z innym krojem spódnicy. W tej wersji uszyłam ją z dwóch warstw - krótszy wierzch z półkola, dłuższy spód z pełnego koła, a było to spowodowane niedostateczna ilością materiału w groszki na większą spódnicę. Trzeba sobie jakoś radzić. Ale nawet takie szycie z resztek jakoś zbyt strojnie mi wygląda.

Wykrój pochodzi z czasopisma Flotte Kleidung z początku lat 50-tych i jest bardzo interesującą wariacją na temat sukienki kopertowej. W tym wypadku wiązanie obejmuje tylko biust, a nie łączy się z talią, jak w większości tego typu krojów. W talii wszyty jest panel zasłaniający brzuch i łączący się po bokach z pozostałymi elementami przodu. Trudno to opisać, ale efekt jest bardzo ładny. Śmiem twierdzić, że będzie pasował na każdą figurę. Póki co tę sukienkę mierzyłyśmy ja i moja koleżanka nieco niższego wzrostu, za to o pełniejszym biuście (wygląda w niej obłędnie, jakieś 10 razy lepiej ode mnie, a ja i tak wyglądam niczego sobie), a wersję w większym rozmiarze moja klientka i moja Mama - działa znakomicie na każdej z nas. Więc tego. Szyjmy sukienki. Howgh.

Dress: Made it myself
Pattern: Flotte Kleidung from early 1950s
Fabric: 50% cotton, 50% polyester, thrifted, originally a curtain
Heels: Deichman, old
Purse: Miss Selfridge, via Zalando

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

Vintage Tuesday: Junge Mädchen

This is one of the first vintage pattern magazines that I'd bought and I'm now starting to think I got me a good deal as it seems to be a rarity and I've never seen it again --or anything going by the same title. Probably a special edition of one of the other magazines? There are no hints about that on the inside, though, as I would've thought. A little mysterious. Maybe one of you guys knows something about it? I'd love to know more.

Still, you can have a peek inside this unfrequent magazine. Some basic later 1950s/early 1960s styles inside. Lots of shirt-dresses that I'm coveting and some elegant dresses alongside beach fashions. What is nice is the sizing: there are mostly smaller sizes here (i.e. bust measurement 84, 88 or 92), suitable for girls, as the title suggests. This means I could practically sew anything I find here and it would fit me. That's very cool, considering that in "normal" magazines of the time, a lot of pieces are larger and I have to size down a lot.

To jeden z pierwszych magazynów szyciowych, które kupiłam, i zaczynam podejrzewać, że trafił mi się niezły rarytasik, bo nigdzie nie widziałam ani tego samego magazynu, ani nawet tytułu. Być może to jakieś specjalne wydanie innego magazynu? Wtedy jednak spodziewałabym się znaleźć w środku informację o tym, a tu nic... Trochę to tajemnicze. Może ktoś z Was wie coś na ten temat? Chciałabym się dowiedzieć więcej.

W każdym razie możecie dziś zajrzeć do środka tego niecodziennego znaleziska. Jest tam masa klasyków w stylu końca lat 50-tych i początku 60-tych. Sporo szmizjerek, na które coraz bardziej mam ochotę, i trochę elegancji, a obok tego - moda plażowa. Miłe jest to, że większość wykrojów jest w małych rozmiarach - dla dziewcząt, jak wskazuje tytuł (czyli obwód biustu 84, 88, 92). Dzięki temu mogłabym uszyć właściwie każdy z wykrojów i pasowałby na mnie. To naprawdę fajne, bo w "normalnych" magazynach zwykle pojawiają się wykroje w większych rozmiarach i muszę sporo zmniejszać.

Follow

Behind the fence


Out there, behind the fence I'm standing in front of, lay pretty fields covered with fresh autumn vegetables and flowers. I've been wishing to take a walk in there but this piece of land is off limits to simple mortals --it's a part of our local agricultural school's grounds. I was thinking of good ways to find my way in: I considered talking to the guard and faking being a student of the school but if I did that and failed, there would be no returning. Even walked all around the fence, looking for a hole to sneak through, but to no avail. I need to find my way in, it's just such a beautiful place to take walks in and shoot some photos.




Za płotem, przed którym stoję, rozpościerają się pola pełne świeżych jesiennych warzyw i kwiatów. Bardzo chcę się tam dostać, ale niestety ten teren jest zamknięty dla zwykłych śmiertelników - to ziemie lokalnej szkoły rolniczej. Od dawna zastanawiam się, jak mogę tam wejść. Myślałam nad rozmową ze strażnikiem i udawaniem studentki szkoły, ale w wypadku niepowodzenia, nie miałabym więcej szans na wstęp. Przeszłam nawet wzdłuż całego ogrodzenia, wypatrując jakiejś dziury, przez którą mogłabym się prześlizgnąć, ale bez efektu. Muszę jednak znaleźć jakiś sposób, bo to piękne miejsce do spacerów i zdjęć.

Jacket: thrifted
Jumper: Mango, old
Shirt: thrifted
Skirt: thrifted
Overknee socks: ?
Shoes: Ambra
Necklace: ?
Bag: made it myself

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

Remix: my favorite denim jacket


(Cloclwise, outfits 1, 2, 3 and 4)

R.I.P. my favorite denim jacket! I had it for over two years and wore it all the time --and would have worn it till it was beyond repair. It was the perfect light blue colour, very versatile and very comfortable. It was a great piece for playing down dresses that might have looked too elegant otherwise. Also a great piece to throw on my back on a cooler day without even thinking if it fits with the rest of the outfit --because it would always do. This summer I lost it and there is no way of getting it back. It will be greatly missed. I need to find or sew one just like it.

So, this post is an ode to its perfection. A remix of all the times I'd worn the jacket on the blog.


(Single photo; clockwise, outfits 1, 2, 3 and 4)

Żegnaj, ulubiona dżinsowa kurtko! Zgubiłam ją. Nosiłam ją ponad dwa lata i nosiłabym do zdarcia, ale zgubiłam i nie ma powrotu. Była doskonała: w idealnym kolorze, wygodna, uniwersalna. Zbyt eleganckie sukienki przygaszała i mogłam je dzięki niej nosić na co dzień. Mogłam zarzucić ją na siebie w chłodniejszą pogodę bez zastanowienia czy będzie pasowała do reszty ubrania. Będzie mi jej bardzo brakowało. Muszę znaleźć - lub uszyć! - podobną. 

A tymczasem - remix wszystkich postów, w których brała udział.



(Single photo; clockwise, outfits 123 and 4; single photo)

Follow
facebook bloglovin pinterest instagram tumblr email