This week's wrap-up

Outfits: 1, 2, 3.

Things I loved this week:
Make sure to visit my Tumblr for inspirations and Instagram for more photos and Pinterest for sewing tips! You can also follow me on Bloglovin to get updates from my blog as soon as they are posted.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Reality check


The skirt you can see in today's pictures is actually my newest dress. I've sewn it a few days ago and it was a very pleassant endeavour, I must say. I really like the neckline here, it's like nothing I've sewn before. Its cute sweetheart shape is really pleasing to the eye and quite modest, I must say. I was pretty sure it would be much lower than it is --but I like the way it looks. Kinda 1940s if you ask me. 

Ok, ok, I'm teasing you a little bit here. Sorry. But, really, it's a matter of circumstances. I wanted to show you the full dress first, of course, before I'd go and wear it in another way, but then things occurred, like borrowing the camera to my Mum and us going to her place to get it back and then deciding to take photos on our way home. And, well, that's what I was wearing. It's an exceptionally cold May so I had no intention of getting rid of my layers just to show the dress in its entirety-- and those weren't really giving much warmth anyway. So, you have to wait to see the dress in its full glory and I can only promise that it's worth waiting for. And by the way, if you grow impatient, you may want to take a peek at my Instagram account. There might or might not be a sneak preview of the dress' top...


Spódnica, którą widzicie na dzisiejszych zdjęciach, jest właściwie sukienką. Uszyłam ją kilka dni temu i było to bardzo przyjemne przedsięwzięcie. Dekolt jest zupełnie nowym stylem: wycięty w serduszko, trochę a'la lata 40-te. Myślałam, że będzie głębszy niż wyszedł, ale podoba mi się w takiej skromnej wersji. Jest całkiem uroczy.

No dobrze, trochę się przedrzeźniam, przepraszam. To wszystko wina okoliczności. Chciałam oczywiście pokazać Wam sukienkę w całości zanim będę z nią kombinować i nosić na inne sposoby, ale potem stały się różne rzeczy. Na przykład to, że pożyczyłam aparat mamie. Poszliśmy go potem od niej odebrać i w drodze powrotnej do domu postanowiliśmy zrobić kilka zdjęć. Tak byłam akurat tego dnia ubrana - cóż począć? Maj mamy wyjątkowo zimny i nie miałam wcale ochoty wieczorem się rozbierać tylko po to, żeby pokazać sukienkę w całości - moje dodatkowe warstwy i tak nie dawały zbyt dużo ciepła. Musicie więc poczekać jeszcze chwilę. Ale obiecuję, że warto. A jeśli dopadnie Was niecierpliwość, to możecie zawsze zajrzeć na mojego Instagrama - być może jest tam zajawka sukienki...


Cardigan: Troll
Blouse: Thrifted, H&M
Hat: thrifted
Necklace: Rossmann I think
Belt: thrifted, vintage
Skirt: (actually a dress) I made it myself
Fabric: IKEA
Pattern: Der Neue Schnitt, 1957
Purse: Allegro
Flats: Tamaris
Photos taken by my boyfriend, The Fish.

Pink mushroom cloud&Granny's Closet

When I wear easy and relaxed outfits like this one, I like to play with patterns and accessories to make it a little bit quirky and tongue-in-cheek. When I found this little Amanita mushroom necklace in Rossmann last week, I squealed and rushed to the cash-desk in an instant. You know, a pink spotted mushroom that matches my pink polka dot jeans? I'm sold.

Ok, this post might not be a part of Me Made May 2015 in someone's book because, well, the things I'm wearing are not ME made. The cardigan was made by my Grandma (over 30 years ago, I presume, based on the family photos I saw it in) and she gave it to me last autumn when I insisted I had to have it. While I understand that Me Made May is about showing and wearing stuff you made, I also believe that its larger cause is to tell people that making your own clothes is possible and not that hard, really, and that there is great value in good craftsmanship. The sole fact that this handmade piece made it into its thirties speaks volumes about handicrafts in general.


Kiedy wybieram takie proste zestawy, jak ten, lubię je urozmaicać akcesoriami. Lubię, kiedy jest w nich żartobliwy ton. Kiedy zobaczyłam ten naszyjnik z różowym muchomorem w Rossmannie, z piskiem poleciałam do kasy. No wiecie, różowy grzyb w kropki, który pasuje do moich różowych dżinsów w kropki? Biorę.

Ten post na pewno nie według każdego uczestnika Me Made May 2015 będzie pasował do tej akcji. Przede wszystkim dlatego, że cardigan, który mam na sobie nie jest "me made". Zrobiła go moja Babcia - ponad 30 lat temu, sądząc po zdjęciach, na których go widziałam - i oddała mi go zeszłej jesieni, po tym, jak nalegałam, że koniecznie muszę go mieć. Wydaje mi się jednak, że MMM jest akcją, która ma promować rękodzieło i robienie rzeczy samemu, dla siebie. A ten kardigan spełnia wszystkie te kryteria. Dlatego, przynajmniej na moim blogu, pasuje. Już nie mówiąc o tym, że dobre rękodzieło przechodzi z rąk do rąk i jest używane przez dziesiątki lat, i się nie rozpada...

Cardigan: Gift from my Grandma who also made it
Top: thrifted; Dorothy Perkins; I gave it to my best friend years ago and she gave it to me in turn last year
Jeans: thrifted; C&A
Flats: old, Tamaris
Necklace: Rossmann
Headband: ?
Purse: no name, allegro
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

On The Dam


I was living in the area where we've moved recently pretty much all of my life. The fields and forests where we tend to take photos for this blog are very close to me and it would seem I know them by heart. I used to take walks all over the place since I was a kid, together with my Mum and friends, and then, when I grew up a bit, I would wander the area on my own often to find some sort of a refuge and to seek out new paths in this otherwise familiar terrain. I would invite my friends to walk with me through these fields as if I was inviting them over to my own home. We would drink our first beers here, illegally, hidden in the shadow of old shacks and ruined cottages that no longer exist today, their place taken over by modern, large housing estates. The spirit of those salad days still lives in the overgrowth, though, in unkempt trees and bushes grown wild, off of which we used to pick currants and raspberries and plums. 

Now I'm back here after a short break and this place still fills my heart with joy. I have a soft spot even for this old dam, concrete and ugly as it is. I remember reaching it for the first time ages ago, still a child, and being overwhelmed by the strange beauty of it. I have not thought of it as a place to take photographs for the blog before --but now I've come across it again, I think it will be back here from time to time. While it might not be the prettiest backdrop for photos, it's a piece of my personal story and that makes it attractive to me. I believe in telling stories that are true and grounded in life. Those are the truly perfect stories.


Niedawno przeprowadziliśmy się w okolicę, w której mieszkałam właściwie całe życie. Pola i lasy, w których robimy zdjęcia na bloga, są mi bardzo bliskie i znam na pamięć niemal każdy ich zakątek. Chodziłam tu na spacery jeszcze jako dzieciak, z mamą i przyjaciółką, a potem, kiedy podrosłam, szwendałam się tu sama w poszukiwaniu spokoju i nowych ścieżek. Przyprowadzałam tu kumpli tak, jakbym zapraszała ich do własnego domu. Piliśmy tu pierwsze, nielegalne jeszcze piwo, skryci w opuszczonych domkach działkowych, których dziś już nie ma - na ich miejscu stoją nowe osiedla. Ale duch tych szczęnięcych lat nadal żyje wśród zarośli i porusza gałęziami drzew i krzewów, z których zrywaliśmy zdziczałe śliwki, porzeczki i maliny.

Teraz wróciłam tutaj po niedługiej przerwie na mieszkanie w mieście i ta przestrzeń wciąż mnie cieszy. Nawet ta stara, betonowa tama, w całej swojej brzydocie, ma swoje ciepłe miejsce w moim sercu. Pamiętam, kiedy trafiłam tu po raz pierwszy, jeszcze jako dziecko, i zadziwiło mnie jej dziwaczne piękno. Nie myślałam wcześniej o niej jako o miejscu na zdjęcia na bloga - ale teraz, kiedy sobie o niej przypomniałam, myślę, że wrócimy tu nie raz. Może nie jest najładniejszym tłem, ale jest kawałkiem mojej osobistej historii i dlatego jest dla mnie pociągająca. Wierzę w opowiadanie historii, które są prawdziwe i osadzone w życiu. Takie opowieści są naprawdę dobre.

Cardigan: thrifted, Edith&Ella
T-shirt: Threadless, a gift from my boyfriend, The Fish
Skirt: Thrifted, c/o Holy Rags
Necklace: Rossmann I think
Hat: no name
Loafers: found
Bag: vintage, fromy my Grandma's Closet
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

This week's wrap up

This week's outfits: 1, 2 and 3.

Things I loved this week:
  • Braccialini Temi bags. Remember when I told you about my love for them? Well, I've been window shopping again and I want all of them. Again,
  • This collection of unusual vintage photos. I love how quirky and everyday those are! What we usually imagine when we think "vintage photos" are beautifully retouched images of elegant people posed in a photographer's atelier. Well, this set ain't that at all!
  • From Someone In Love blog - I'm probably late to the party cause this chic just HAS to be famous for her outfits. But I've just fond her blog and let me tell you, it's a revelation. She'll get her own place in my Lovely Blogs series for sure!
Make sure to visit my Tumblr for inspirations and Instagram for more photos and Pinterest for sewing tips! You can also follow me on Bloglovin to get updates from my blog as soon as they are posted.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Sweet flavour

I've said before that I sometimes feel too cute in my clothes and this outfit is on the very edge of that. Still, it's not that easy to tone down the sweetness when your whole wardrobe is composed of, well, cute stuff. There are several flavours of sweet, though, and I believe this preppy-ish one here is fine with me yet. Personally, I like the Snufkin/Little My charm the best at the moment (my interpretation would be found here and here) but that might be the nostalgia for O. speaking.

On another note, I wanted to thank you guys for chiming in on my previous post. When I was writing it, I never would've thought that it might come across as meaningful to anyone besides myself. It's really reassuring to know that there are other people out there who are going through similar things. You have no idea how important it is to me to know that maybe I'm not the only weird kid around.

Pisałam już wcześniej, że niektóre moje zestawy są za słodkie - i ten balansuje na granicy znośności. Trudno mi jednak budować zestawy niesłodkie z ubrań, które mam w szafie - dobieranych przez ostatnie lata własnie pod kątem ich uroku. Na szczęście słodycz istnieje w różnych smakach i ten nieco preppy i nieco kawaii styl jeszcze daje radę. W tej chwili najchętniej zwracam się do słodyczy spod znaku Włóczykija i Małej Mi (trochę jak tutaj i tutaj), chociaż to może jeszcze przemawia tęsknota za O.

Chciałabym przy okazji podziękować tym z Was, które napisały coś od siebie pod moim ostatnim postem. Nie sądziłam, że ktoś może potraktować tę moją gadaninę poważnie i odnieść się do niej osobiście. Dla mnie to naprawdę ważne, że wiem, że nie jestem jedynym dziwnym dzieciakiem na planecie.

Skirt: made it myself
Fabric: thrifted
Blouse: Freesia
Cardigan: thrifted, Edith&Ella
Coat: Vila
Bag: no name
Heels: Hush Puppies
Photos taken by my boyfriend, The Fish.
This post is a part of Me Made May 2015.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Inspiration Thursday: Emillie Ferris aka Wild Sweetling

I've come across Emillie's lovely work via her Instagram account and I fell in love at first sight. I think what she does is incorporate all of the things I love in her work: there's nature, embroidery, cuteness and excellent craftsmanship. Her attention to detail is mind blowing. 

She's an incredibly talented artist and while embroidery is one thing she has mastered, there are others: photography, illustration and graphic design (she entered the Penguin Award competition with her design of "Carries War" book cover --and isn't it the best?). She's a truly inspiring spirit.

She has lately informed fans of her work that she's launching her etsy shop later this month and all I can say is: YAY! I can't wait to see what she has listed. I'm totally in love with her embroidered necklaces and I'll make sure to grab something beautiful from among her creations --and fast! Because I'm sure they'll be gone in minutes.

Trafiłam na prace Emillie na jej profilu na Instagramie i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To, co robi, łączy w sobie wszystkie rzeczy, które uwielbiam: jest tam przyroda, haft, słodycz i doskonałe rzemiosło. Rozpływam się, patrząc na dbałość o szczegóły w jej haftach.

Emillie jest niesamowicie utalentowaną kobietą - haft to tylko jedna ze sztuk, w których jest mistrzynią. Poza tym fotografuje, ilustruje i zajmuje się projektowaniem graficznym (jej zgłoszenie na Penguin Award z projektem okładki "Carries War" jest obłędne). Jest jedną z tych osób, które mnie inspirują wszystkim, czym się zajmują.

Niedawno ogłosiła na swoim instagramie, że w tym miesiącu otwiera sklep na etsy. Nie mogę się wprost doczekać! Jestem bardzo ciekawa, co nam pokaże. Jestem zachwycona jej haftowanymi naszyjnikami i będę się czaić na któreś z jej pięknych dzieł. Mam nadzieję, że uda mi się coś szybko złapać, bo jestem przekonana, że rozejdą się w mgnieniu oka.

All photos in this post are (c) Emillie Ferris.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Come and go

When we were moving to a new flat three weeks ago, I had to retire some clothes and among them was one of my favorites: an old, thrifted trench coat in navy green. It's really weird I never wore it on the blog since I liked it a lot, it had the perfect silhouette and fit me like a glove. And yet, after years of wear (mine being only the last two), it was falling apart. A small hole in the back was the final thing that made me decide it needed to rest. I was even thinking about mending it but then I remembered the torn lining, the washed out colour and with some reluctance I put it in a charity bag. Hopefully someone can still make some use of it. As much as I try to be frugal with my clothing choices, I too have to recognize when it's time to let go.

A week after that, we went to O. and during our stay there we visited a small town nearby. There is this tiny outlet shop there with very nice selection of clothing and as I was going through the racks, I found this trench coat. I took it with me. It's not my old coat but it's good. It's also from Vila, a company I know for nice quality and classic style clothes. I used to have a skirt I bought at the very same shop, from Vila, too, and I wore it to death (I had to retire it along with the coat and some other things).

Pozbyłam się niedawno swojego starego, zielonego prochowca, który wygrzebałam ze dwa lata temu w second handzie. Kiedy wyciągnęłam go po tegorocznej zimie z szafy, znalazłam dziurę na plecach, która wzięła się tam nie wiadomo skąd, pewnie ze starości. Chciałam ją nawet zacerować albo naszyć na plecach jakąś dużą aplikację, ale poddałam się - bo dziury w podszewce, bo sprany kolor, bo całość trzeszczała już w szwach. Staram się być oszczędna w swoich ubraniowych wyborach, ale czasem trzeba po prostu się z czymś pożegnać. Oddałam płaszcz potrzebującej osobie - nie chciałam go wyrzucać. Ja mam ten przywilej, że mogę coś od czasu do czasu kupić - nie każdy taki przywilej ma. Jeśli mogę komuś pomóc ubraniami, które mi się już nie przydadzą, to to robię. Mam to szczęście, że znam osobę, która zawsze przyjmuje wszystkie nienoszone rzeczy i rozdaje je wśród swojej rodziny albo sprzedaje, żeby sobie dorobić. Czasem zbieram kilka koleżanek i po wypatroszeniu naszych odwozimy jej worki ciuchów. (Tak na marginesie: zauważyłam, że w ciągu ostatniego roku coraz mniej oddaję - co oznacza, że coraz mniej zbędnych ubrań kupuję. Yay!)

W trakcie wyjazdu do O. udaliśmy się do miasteczka obok, gdzie mam swój ulubiony, maleńki slepik z końcówkami kolekcji. Znalazłam tam ten jasny prochowiec od Vili i zabrałam go ze sobą. Nie jest jeszcze tak bardzo mój, jak ten zielony, ale oswoję go. 

Uprzytomniłam sobie później, że kilka lat wcześniej kupiłam w tym samym miejscu spódnicę tej samej firmy, którą nosiłam do zdarcia. Lubię Vilę, ma dobrej jakości, klasyczne ubrania, dlatego liczę, że i ten płaszczyk posłuży mi dobrych kilka lat.


Coat: Vila
Shirt: thrifted
Jeans: Camaieu
Scarf: thrifted
Bag: allegro
Necklace: Camaieu
Bow: ?
Bet: vintage, from my Mum
Flats: Pier One via Zalando
Photos by my boyfriend, The Fish.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Weird kid

I've been feeling a strong current of approaching change. I've been feeling more and more out of character in my girly, novelty-print dresses, like I have outgrown them. I've been noticing that my first wrinkles, these around the corners of my mouth that appear after I've been laughing a lot, tend to stay on my face for a little bit longer than ever before. My face has changed over the last year, and so has my mind. 

I've been forced to accept that I'm no longer the forever strong superwoman I've always considered myself to be. I can no longer take on as many responsibilities as I've always had, propelled by the idea that I can do pretty much anything. It's not that easy to admit, really. Whenever there is a call to action, I'm still the first one to show up. "Who, me? Sure! I can do it!" Lately, though, with chores piling up, with different job-related duties growing, and personal space lessening, I feel like I need to make more responsible decisions. Sometimes, there are things that I have to pass up in order to remain sane and keep my peace of mind. 


Admittedly, I've always been overly sensitive and I believe I have not hardened with time. I'm not sure you're supposed to. In fact, I'm more easily disturbed than ever before. It's not something most people would boast about and I'm not boasting really. I'm just being honest. I did a lot of ugly things to my emotional self when I was younger. Perhaps I've strained myself. 

You know, I used to be funny and interesting and at the center of every party. I used to have so much to tell and my friends thought me and my sense of humour indispensable. I think I've lost that. Again, it's not easy to admit, but I think I've become boring and silent and very much self-centered. I do mind that but I have no idea how to help it, without straying again into the old straining ways. I've come a full circle to where I was about 15 years ago: shy, self-conscious and slightly weird tag-along kid you don't really want to call your friend but you just let her be because she won't take a hint and go away. She won't understand why she's weird anyway.

Sorry, this is overly personal and you probably have no idea what I'm talking about. I'm not even going to bother to translate this into Polish. Polish is a harsh language.



Dress: made it myself
Fabric: thrifted
Pattern: redrafted from a 1970s sewing magazine
Jacket: Thrifted
Flats: Tamaris, old
Photos taken by my boyfriend, The Fish.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

This week's wrap-up

Outfits: 1, 2, 3.

Things I loved this week:

  • This blog in which the author paints her ootds in watercolours!
  • This blog with an exquisite archive of fashion photography. Too bad it's not being updated anymore.
  • Alex Winston - Choice Notes. Honestly can't get this tune out of my head.

Make sure to visit my Tumblr for inspirations and Instagram for more photos and Pinterest for sewing tips! You can also follow me on Bloglovin to get updates from my blog as soon as they are posted.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Last day in O.

Here's the last photos from our time in O. It was so much fun taking them, watching a story unfold as we progressed on our hike --from wandering in the sunlit mountian creek to the darkening woods when the light was already getting dim...


Jacket: thrifted
Dress (worn as top): thrifted, n/n
Skirt: thrifted, French Connection, originally a dress I'd modified into a skirt
Scarf: Rossmann
Oxfords: Nord
Hat: no name
Basket: my Granny's
Brooch: vintage, thrifted
Ring: ?
Necklace: ?