I made myself a skirt

After quite some time spent alone or just with my boyfriend, The Fish, I've been meeting with a lot of friends lately and it's been so great to see them, talk, laugh, drink beer, do some creative stuff... I sometimes get stuck in the rut of being alone all the time and I keep forgetting how important it is to have people around myself. It's good they don't forget about me! Otherwise I might end up alone for the rest of my life, wondering how I managed to get so godforsaken.

And since we're on the topic of other people, I wanted to welcome all my recent followers! I've been very happy to see each and every one of you arriving. I hope you'll stay a while. Also great thanks go to lovely Magda from My Pink Plum who has recently reccommended my blog! You're such a dear!

Yesterday I've met with one of my best friends, Kamil, who has recently started blogging at Na Własne Oczy. I can't believe it's been three years since we've last seen each other! Thank Facebook for letting us keep in tough through all that time. It's still much better fo meet in person. We spent a whole day together, talked to no end and took a lot of photos for his personal project on finding lost friends (a lovely idea!) and I also asked him to take my photos for the blog. He's a photographer so naturally they turned out so great, even though the weather has been absolutely horrible, what with the rain and gloom and general blah.



You might remember my circle skirt that I'd sewn last summer. I had enough fabric to make another skirt --a pencil one this time. And so, I did. I made it over two months ago, I think, and have worn it since but somehow it never ended up on the blog. It's funny that the more I sew, the more I am picky about what I want to showcase in detail. I mean, this is just a very simple skirt, took me just a few hours to complete and it was so straightforward to make that I really don't have a lot to talk about when it comes to it. I just redrafted an old Burda pattern to make it --made it longer and more slim -- and that's that. I've actually sewn a couple more skirts based on this pattern and some day they might find their way to the blog. For the time being, please enjoy those pretty pictures Kamil took of me on one rainy afternoon.




Ostatnio bardzo dużo czasu spędziłam sama i z moim chłopakiem, Rybą. Zaczęłam już wpadać w ten stan dość niewygodnego poczucia, że poza nami na świecie nie istnieją inni ludzie. Na szczęście znajomi przypomnieli sobie o mnie i powyciągali parę razy na spotkania. Wypełzam więc z domu na kawę, piwo albo ploty, i coraz mi jest lepiej. 

Niedawno, na fali tego wypełzania, spotkałam się z przyjacielem, którego znam od czasów szkoły fotograficznej. Wstyd się przyznawać do takiego sędziwego wieku, ale to mija już 10 lat, odkąd pierwszy raz zobaczyłam go w nieodłącznym wówczas cylindrze, z teczką zdjęć pod pachą, drepczącego w tę i z powrotem po korytarzu szkoły, która niebawem miała okazać się naszą. Czekaliśmy oboje na rozmowę kwalifikacyjną... a reszta to już historia. Wkrótce zresztą o tej historii napiszę więcej, gościnnie, na blogu Kamila, Na Własne Oczy, bo zaprosił mnie do udziału w jego osobistym projekcie o odnalezionych przyjaciołach. Słusznie nazwał ten projekt w ten sposób! Ostatni raz widzieliśmy się trzy lata temu. Ładne rzeczy.

Przy okazji spotkania poprosiłam Kamila, żeby zrobił mi zdjęcia na bloga - tym razem w spódnicy, którą sobie uszyłam. No i zrobił. Takie urocze. Dzięki, Kamil!

A skoro jestem już przy anonsach, to chcę serdecznie powitać wszystkich nowych obserwatorów Robota! Jest mi niezmiernie miło widzieć, jak się pojawiacie. Mam nadzieję, że zabawicie tu dłużej. Olbrzymie podziękowania należą się też Magdzie z My Pink Plum, która niedawno poleciła u siebie mojego bloga. Madziu, jesteś super!

I jeszcze dwa słowa o spódnicy, którą widzicie na zdjęciach. Po tym, jak uszyłam spódnicę z koła z tych kropek, zostało mi jeszcze dość materiału, żeby uszyć spódnicę numer dwa - tym razem ołówkową. Przerobiłam nieco wykrój z którejś starej Burdy - przedłużyłam go i zwęziłam - i oto jest, bardzo prosta i klasyczna spódniczka. Właściwie nie mam się o czym rozpisywać. Szyła się szybko i łatwo, wykonałam ją w ciągu kilku godzin. Z podobnego wykroju uszyłam jeszcze kilka podobnych spódnic i jakoś nie spieszy mi się, żeby wszystkie tu pokazywać, bo są tak proste, że to już żaden powód do chwalenia się. Ale jeszcze przyjdzie na nie czas.

Jacket: vintage, from my Granny
Cardigan: thrifted
Blouse: Camaieu
Skirt: made it myself


Flats: Pier One via Zalando
Scarf: Rossmann, old
Bag: n/n, old
Belt: n/n
Photos by Kamil of Na własne oczy.

A Project on Body: I've been interviewed!

You might remember my photography-based anthropological project that I've already told you about before - A Project on Body. Let me remind you what it's all about. I'm talking with people about their approach to their bodies: what they think about themselves, how they perceive their bodies and how they treat them. What they think about societal norms and the body as portrayed by the media. How that influences them and how they react to those inputs. We also take nude photos. Everyone comes with a food of their choice and we shoot away. Well, my project has come to an end, or at least the data-gathering phase has. I've spoken and taken photographs of 100 wonderful people with amazing stories and beautiful bodies.

If you want to know more about my project, its begginnings and the story behind it, you can now read an interview that I've given to an English-language magazine called English Matters. I have it scanned for you up on my project's blog! I had a great pleasure to speak with a inquisitive and smart interviewer, Katarzyna Tutak, who pushed me to try to explain what I had in mind when creating the project. Take a peak you English speakers, I hope it explains a lot about the project's content.




Być może pamiętacie mój fotograficzno-antropologiczny projekt, o którym już Wam kiedyś pisałam - Projekt: ciało. To projekt, który mówi o tym, że każde ciało jest dobre, a nasze decyzje z nim związane nie są bezrefleksyjnymi powtórzeniami tego, co dyktuje nam społeczeństwo i media. Przez ciało ustanawiamy własną autonomię i indywidualność w świecie i dlatego zastanowienie nad nim, choć często spychane i uważane za powierzchowne i próżne, jest bardzo potrzebne. Mój projekt odpowiada na tę właśnie potrzebę mówienia o cielesności.

Niedawno ukazał się wywiad, który przeprowadziła ze mną bardzo mądra i uważna dziennikarka, Katarzyna Tutak, dla czasopisma anglojęzycznego English Matters. Opowiadam w nim o początkach projektu, jego przebiegu i tym, co w mojej głowie się pozmieniało w trakcie, kiedy go prowadziłam. Możecie go przeczytać w czasopiśmie albo na blogu Projektu: ciało, gdzie go dla Was zeskanowałam. Zapraszam!

Granny's Closet: the Lace Shirt


I think all these Granny posts are starting to create a series of their own! I actually like that. I treat the clothes that I've found at my Grandma like small treasures. Somehow I'm enchanted by the idea of longevity of clothes. In our world of fast fashion and everchanging trends, clothes that you can hold on to are precious. And these --these are about twice my age. And still in perfect health. Gosh, I'd like to look as good when I'm 60!

Here comes another treasure dug up from my Granny's Closet. A Lace Shirt. I tried to google the lace type and I think it might be closes to Lyons lace but I'm not sure so please, someone correct me if I'm wrong! Granny bought this shirt in Vienna where she used to go to visit her Mother. By the shape of it, a slight trapeze, I'd say it dates to 1960s. And no wonder it fits so nicely with totally modern clothes that I'm wearing in the photos: 60s are very much in vogue right now.

See, this is the thing with vintage clothes or, more precisely, vintage clothes' style. I have quite a few dresses hiding in my closet that come from Granny's Closet. And some of them... well, some of them require alterations to make them work nowadays. Others, though, work beautifully just the way they are. It's funny how some styles translate to modern tastes and others simply look dated. We're so accustomed to the look of fit-and-flare style dresses from the 1950s that we won't bat an eye when a girl walks the street sporting such a silhouette. Then again, were she to wear a ruffled midi skirt and a leather vest, we'd think she's just a tad too bohemian for our tastes (although that is bound to change soon, as the 1970s are on their way to make a huge comeback).


By the way, a friend of mine, Marta, took the lovely photos for this post and I'm so grateful for that! I'm totally in love with this overgrown garden we were wandering in, in the afternoon light playing all over the place and in the way Marta made me pose. When we're shooting with my boyfriend, The Fish, I usually just walk around and make faces, and he just observes me with the camera. Marta took another approach that was very refreshing to me! She would ask me to change a pose, to look somewhere and to move to another spot. It was really nice to be able to be a part of someone else's vision.



Wygląda na to, że posty o Szafie Babci zaczynają tworzyć spójną serię. Podoba mi się to! Traktuję ubrania znalezione u Babci jak małe skarby. Jestem oczarowana myślą, że ubrania mogą przetrwać dekady. Niby to oczywista sprawa, prawdopodobnie każdy z nas ma takie przedmioty, które przerastają go wiekiem - ale w naszych czasach szybkiej mody i ciągle zmieniających się trendów, w czasach, kiedy ubranie po dwóch sezonach staje się passé, trzymanie się ciuchów sprzed lat wcale nie jest takie oczywiste.

Tę koronkową koszulkę Babcia kupiła w Wiedniu, gdzie jeździła odwiedzać swoją mamę. Sądząc po lekko trapezowym, luźnym kroju, bluzka pochodzi z lat 60-tych. Doskonale pasuje do reszty ciuchów, które mam na sobie w tym zestawie - a wszystkie są współczesne. To dopasowanie zresztą tak bardzo nie dziwi, bo lata 60-te są od jakiegoś czasu na topie i projektanci chętnie nawiązują do tych krojów. Szkoda, że nie nawiązują tkaninami - takiego cudeńka haftowanego w ornamenty i kwiatki próżno szukać w sklepie.

To zresztą zabawne, jak ubrania, a właściwie ich style, wracają. Niby nie chcemy nosić rzeczy, które są sprzed paru sezonów, ale 50-letnia bluzka bardzo nam się podoba. I w takim razie, przyzwyczajeni przez modę do sylwetki nawiązującej do lat 50-tych, nie będziemy obracać głowy za dziewczyną, która nosi sukienkę z obcisłą górą i obszernym dołem. Ale jeśli ta sama dziewczyna założy spódnicę midi z falbanami, a do tego skórzaną kamizelkę - to pomyślimy, że jest przesadnie boho (chociaż to też już niedługo, bo lata 70-te nadciągają i przypuszczą szturm na nasze gusta zanurzone we wcześniejszych dekadach).

Tak przy okazji - te piękne zdjęcia robiła mi tym razem koleżanka, Marta, w niesamowitym, romantycznie zarośniętym ogrodzie, wśród zieleni i miłego, popołudniowego światła. Było mi bardzo przyjemnie pozować przed kimś innym niż przed moim chłopakiem, Rybą. Marta ustawiała mnie w konkretny sposób, sugerowała pozy i sposób patrzenia. Ryba zwykle po prostu obserwuje mnie przez aparat, podczas gdy ja sama szwendam się po okolicy. Oba te sposoby fotografowania są super - i oba pozwalają na zdobycie pięknych zdjęć - ale tym razem miłym powiewem świeżości było poczuć się czyjąś inspiracją do tworzenia obrazu.

Coat - a gift from Marta
Cardigan: thrifted, F&F
Shirt: from Granny's Closet
Skirt: New Look
Heels: Deichman
Necklace: Rossmann
Scarf: Rossmann
Photos by Marta Stróżycka.

Granny's Closet: The Skirt turned Dress

I hesitate to write and post this entry today --because there's not enough photos to show you. And, to be perfectly honest, I'm not even sure those photos still exist. The ones I'm missing are assumed to have been taken around 50 years ago and are supposed to show my beloved Granny wearing a certain red and blue striped dress. Are they even somewhere out there? Maybe they were thrown away? The quality of those photos was really bad and colours skewed --a norm in Poland of 1960s. Polish negative film produced in Bydgoszcz was far away from Kodak and Fuji...

Fast backward to a few months ago. I'm at my Granny's and we're digging through her closet. We're finding a lot of long forgotten treasures, like old handbags and purses, and vintage clothes and pre-cut sewing patterns. And then there are some fabrics. Dusty, hidden away for decades and gorgeous. My Grandma looks at the blue and red striped cotton and says "This used to be a dress, you know, one of my favorites. After I'd ripped the bodice by accident, I decided to leave the rest of the fabric and sew something from it but I never got to it. You should sew yourself a skirt. Here, take it."

And so I did. I sewed myself a skirt from a cotton that is over 50 years old, was loved and worn to bits, and then stashed away --because it was a favorite. This is so touching to me. The life of things in our hands is so precious and so complicated, and so full. We give them meaning and store their histories in our minds. They live as long as we lend them some space in our memories.

The sewing process was easy enough and there isn't much to describe. I was aided in making box pleats by small cuts along the edge of the fabric that have already been there, probably from the time it was a pleated dress. I cut away a small portion of the fabric to use for the waistband --I made it from the fabric put vertical instead of horizontal, as you can see. The fabric was already hemmed so I didn't need to do anything else there. I might shorten it a bit since I'm not sure this particular length is the most flattering to my otherwise perfect legs. If I do, I'll shorten it just by folding the fabric and hemming with a blind stitch (as it was originally done to the dress, I think, judging from some loose threads hanging from the hem).


Nie wiem, czy pisać i publikować tego posta już teraz, kiedy nie mam jeszcze wszystkich zdjęć. Z drugiej strony, nie wiem czy te zdjęcia, których brakuje, w ogóle istnieją. Podobno zostały zrobione na Krymie, w latach 60-tych, i jest na nich moja Babcia w sukience w czerwono-niebieskie pasy. Ale czy te zdjęcia jeszcze istnieją? Czy leżą schowane gdzieś na dnie szafy, czy zostały wyrzucone? Zdaje się, że były kiepskiej jakości, z przekłamanymi kolorami, ówczesna polska norma, filmom produkcji zakładów w Bydgoszczy daleko było do Kodaka i Fuji.

Cofnijmy się o kilka miesięcy. Właśnie wybebeszyłyśmy z Babcią jej szafę. Znalazłyśmy stare ubrania, torebki, włóczki, drobiazgi, wycięte wykroje, tkaniny. Wzrok Babci pada na kupon bawełny w czerwono-niebieskie pasy. Babcia mówi: "O, to była moja ulubiona sukienka! Nosiłam ją do czasu, aż podarła jej się góra. Wtedy odprułam dół, żeby coś z niego uszyć. Ale nigdy nie uszyłam. Jak chcesz, to sobie weź. Możesz sobie uszyć spódnicę".

Wzięłam, uszyłam. Mam spódnicę z tkaniny, która ma co najmniej 50 lat, była kiedyś sukienką tak bardzo ulubioną, że noszoną aż do zdarcia, a potem przeleżała w szafie parę dekad dlatego, że ulubionych rzeczy się nie wyrzuca. W taki właśnie sposób nadajemy znaczenie przedmiotom - to my tworzymy ich historie i pozwalamy im żyć tak długo, jak zostawiamy dla nich miejsce w swojej pamięci.

O szyciu nie ma co dużo gadać. Poukładałam kontrafałdy według nacięć wzdłuż jednej z krawędzi - pewnie pozostałości z czasów, kiedy poprzednia krawcowa szyła sukienkę (pierwotnie sukienka miała plisy). Wszyłam pasek z kawałka tkaniny, który odcięłam od całości i złożyłam na pół - jak widzicie, pasy układają się na nim w pionie, a nie w poziomie. Dół był już obrębiony, tu pracy nie musiałam dokładać. Być może jeszcze skrócę spódnicę o jeden pas przez podłożenie i podszycie ściegiem krytym - sądzę, że tak była uszyta w oryginalnej wersji, bo musiałam poodcinać trochę luzem latających nitek przy obrąbku. Teraz, po obejrzeniu zdjęć, wydaje mi się nieco za długa. 

Denim jacket: Camaieu
Blouse: Orsay, old
Heels: Hush Puppies via Zalando
Skirt: made it myself
Fabric: vintage, a gift from my Grandma
Bag: vintage, from Granny's Closet
Scarf: vintage, from Granny's Closet
Belt: vintage, from my Mum
Photos by my boyfriend, The Fish.

Share Week

Dzięki postowi na blogu Joulenki trafiłam na fajną akcję, która polega na dzieleniu się linkami do ulubionych blogów. Jako że prowadzę na blogu swoją serię Lovely Blogs, a ta inicjatywa idealnie się w nią wpisuje, postanowiłam wziąć udział. Lubię się dzielić. Uważam, że warto to robić, fajnie jest polecać i linkować - a zdecydowanie zbyt rzadko się to dzieje, zwłaszcza w polskiej części internetu. Nie znalazłabym wielu wartościowych blogów, gdyby nie to, że ktoś je podlinkował u siebie. Dlatego ilekroć mogę - linkuję. A nuż kogoś to naprowadzi na ciekawy trop?

Zasady
  1. Na swoim blogu / vlogu publikujesz materiał, w którym polecasz trzech innych autorów
  2. Kryterium jest jakość, “ważność” danego blogera w Twoim życiu, jego lub jej wpływ na Twoje życie, efekt “wow” i inne niezwiązane z zasięgami sprawy.
  3. Link do swojego materiału-polecenia wrzucasz do komentarzy pod tym wpisem.
  4. Swoje polecenia z Twojego bloga/vloga przepisujesz też do formularza w tym wpisie.
  5. Dobrze się bawisz :).
Mój numer jeden od lat. To jeden z pierwszych blogów o stylu, na który trafiłam - i od pierwszego czytania, jest to blog ulubiony. Jeśli miałabym się nazwać fanką jakiejś internetowej postaci, to Rebecca byłaby moją celebrytką. Jej stylizacje są urocze, dziewczęce i pełne charakteru, a teksty stonowane i ciekawe. Jest prawdziwie oddana swojej blogowej pracy i nigdy nie zawodzi. Należy jej się osobny wpis w ramach Lovely Blogs - i niebawem się go doczeka.


To polska akcja, więc polecam też blogi polskie. Azjatycki Cukier to już legenda naszej blogosfery. Z wielką ciekawością czytam kolejne jej analizy kulturowego odbioru piękna, recenzje kosmetyków i fachowe porady z zakresu pielęgnacji cery. Dzięki niej zainteresowałam się kosmetykami do pielęgnacji skóry - i moja skóra bardzo jest jej wdzięczna za to, że istnieje i dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem.


To blog mojego przyjaciela. A co. Znam gościa od lat, lubię go okrutnie, to go chwalę. Jego blog jest młody, ale dobry i będzie coraz lepszy. Kamil bardzo przyjemnie zaskakuje mnie z każdą kolejną notką. Coraz lepiej pisze. Coraz głębiej się zastanawia. Coraz bardziej otwiera się na refleksje. I dzieli się tym, co myśli, z wielkim wyczuciem, klasą i wrodzoną wrażliwością.

Thanks to Joulenka's blog I've found a very nice initiative regarding sharing favorite blogs. Since I've already got a series of posts on the topic, one that I call Lovely Blogs, it just felt perfect to take part in. I think sharing and letting others know about good blogs out there is important, good and also fun. I wouldn't have found some of the most meaningful-to-me blogs if it weren't for other bloggers featuring their favorites in their posts.

The initiative I'm taking part in right now originated here and it's called, appropriately, Share Week 2015. The rules are simple.

  1. Shout out three other blogs you recommend.
  2. The criterion is the importance of each blogger in your life, the wow effect and other quality stuff.
  3. Link to your choices in your own blog post!
  4. Link to your choices in a blog post of the author of the initiative.
  5. Have fun :)

Ok, so here goes!
She is my number one. Her blog is the one I visit almost everyday and I browse her archives often. If I ever was a fan of a blogger, like a true fan, she is my celebrity. I love her sense of style, adore her looks and respect the style she communicates in. She's certainly a beautiful person with a beautiful soul. She's dedicated to her serious work as a blogger and never lets me down. She deserves her own post in my Lovely blogs series and she'll get it.


This one is in Polish. It's called "Asian Sugar" and the author is a Polish girl living in Singapore, preaching about the beauty standards in different places in the world --and about Asian cosmetics. It's obviously better than it sounds.


Another Polish blog (well, the initiative is Polish so it's only fitting...). The author has been a friend of mine for the longest time. It's been 10 years since we've met. It's incredible to think of, really. I really love thig guy. He's smart, sensitive, in touch with his feelings and reflexive. And all of it reflects in his writing, whatever the topic.


Changes, changes...

You might notice that I've given this blog a nice and much needed redesign! 

For some time now, I've been getting mad trying to find something - ANYTHING really - in the archives of my blog, and I've been defeated every time. Not enough categories to discover, not enough tags to search by... just a general mess. I guess it must've been even worse for you, my dear readers! At least I can vaguely remember what happened to me and when but you --you could've just gotten lost in the labirynth that this blog has become. Well, no more!

Knowing this was an issue and actually hearing about it from another helpful blogger, Anna Valetta, was just the trigger I needed to take the neccessary steps. And so, after a few tries and changes of mind, I've come to this very moment you can see: new categories and topics to browse by are now listed, new tags have been added, social icons added, popular posts featured and larger font size set. Also, some more colour in the layout. I do hope this makes your experience better. I already know it's much easier for me to read and search through Robot right now.

That said, if there's anything you still find lacking, anything you think might need a redesign --be sure to let me know! I want to make this blog as enjoyable for you as it is for me.


Być może zauważyliście, że zrobiłam blogowi od dawna potrzebny lifting.

Od jakiegoś już czasu denerwowało mnie to, jak trudno mi się dostać do pewnych postów, jak trudno znaleźć notki o wspólnych wątkach... blogowi brakowało kategorii, tagów i masa tematów ginęła wśród kolejnych postów. Skoro przeszkadzało to mnie - a ja przecież przynajmniej mniej więcej wiedziałam co i kiedy pisałam - to Wy, moi czytelnicy, musieliście być totalnie zagubieni. Już nigdy więcej!

Sama dobrze wiedziałam, że to problem tego bloga, ale kiedy dodatkowo usłyszałam bardzo mądrą i konstruktywną krytykę od innej blogerki - Anny Valetty - to był to właściwy moment, żeby zadziałać. Trochę pokombinowałam, zmieniłam zdanie co do różnych elementów z pięć razy, ale w końcu doszłam do tego, co teraz możecie oglądać. Mamy listę kategorii i tematów, na które często piszę. Pojawiły się ikonki do różnych miejsc w internecie, gdzie też można mnie znaleźć. Pododawałam tagi tam, gdzie ich brakowało. Wyszczególniłam najbardziej popularne posty. Powiększyłam stopień pisma w całym blogu. Dodałam też trochę koloru. Teraz Robota nie tylko czyta się przyjemniej, ale i łatwiej się przeszukuje.

Jeśli będziecie mieli jakieś sugestie co do nowego układu, jeśli przyjdzie Wam do głowy coś, czego wciąż brakuje - piszcie śmiało! Chcę, by ten blog był dla Was równie przyjemnym miejscem, jak dla mnie.

Let's talk about what's inside

The internet is so easy to take for granted. I mean, it's just always there, waiting for you to look for the data, the information, the photos and all... everything is there for us for the taking. We browse and surf and accumulate. We forget about the medium and its creators sometimes. Well, I've recently had one of those moments when reality hits me between the eyes and turns me sober in an instant, letting me break away from the internet-induced highway hypnosis. And, you know, it's a really groundbreaking thing that has occurred to me. There are people on the internet!

Ok, but let's get serious here. I want to talk about how really, really important it is to appreciate what other people do for us on the internet. Sometimes it's that awesome person on pinterest that links to the most outstanding vintage patterns, helping me get inspired. Other times, it's the ladies at We Sew Retro group who share their projects and make me want to start my machine and get sewing, stat. They all are a great source of fresh news and brand spanking new inspirations and without them, I'd probably drown in my own, weeks old brain soup of things I'd already seen. Today I want to focus on yet another group: the people who push me to get better.

There are some bloggers in the sewing world who make garments so beautiful I literally squeal each time I see what they've created. They are also the truly bold bunch who show not only the pretty outside, but also the gorgeous inside. Now, one of the things my Grandma taught me when I was a kid, was that the inside counts as much as the outside (she was teaching me how to cross stitch and told me to keep my reverse side as clear as possible just for the sake of that nice feeling of orderliness it brings along). And I do like that rule. Perfect finishes make me feel good. Looking at the beautifully finished creations of my fellow bloggers, I feel like I'm miles and miles away --and that gets me motivated to push my limits. I'm not afraid to admit that I do, in fact suck, at being a careful and meticulous sewer. I'm messy, impatient and go a lot of slap dash sewing. But I want to make things as precisely as they do. I want to put as much care into my items as they do. I want to be as awesome as they are. 

So here is to those who, unbeknowst to them, make me a better sewer and in fact, a better person. Let me introduce you to Justyna from Marchewkowa, Tina from La Dulsa Tina, Laura Mae from Lilacs and Lace and Demi from Carbon chic and their fantastic work and excellent craftswomanship.


I do hope the photos speak for themselves --at least to those of you who sew. If you are alien to sewing, let me show you the inside of one of my first dresses, just for comparison. I made it in August last year. (Wow, I didn't remember it looking THAT bad inside! At least it's interlined. Not lined, mind you.)


Now, that's nasty, isn't it? We don't like to look at this. We like to look at things pictured above it, but not this. Yep. So, remember when I was speaking about how motivated these wonderful ladies make me feel? Look below to see how motivated.




Those are my more recent garments. I loved every minute spent on finishing them this way. Hand sewing the hem, bias binding all the seam allowances --that takes time, you know? Sewing a simple blouse together takes an hour or two. Finishing it with a self made bias tape... well, took me well over a week, on and off. But I think if I were to sew continuously, the hours would add up to 6 or 8. For finish only. Now, I may not be the quickest sewer out there but being able to put all that particular care and time into the pieces I sew makes me very happy and makes me want to sew more like this. So --thank you! To all the smart and diligent women who motivate me to go that one step further and then, looking back, be grateful I did. You are the reason why the internet is a great place.





Chciałam Wam dziś powiedzieć o tym, co jest w środku. I o tym, że szycie jest fajne. I że warto próbować swoich sił. Można się nieźle wciągnąć. Można się sporo nauczyć. Można być coraz lepszym. Można lepiej szyć i można lepiej żyć. Ja na przykład lepiej szyję.

Dziś się dzielę swoim lepszym i gorszym szyciem. Około pół roku temu, kiedy zaczynałam, było tak, jak na tym zdjęciu, gdzie są jakieś strzępy. Tak wygląda w środku znana Wam i ulubiona sukienka w zielnik. Trochę strasznie wygląda. Daje się nosić, ale w środku jest brzydka i ja, jak jestem w niej, w środku, to w środku, w Klarze, czuję pewien niesmak. A z kolei jak patrzę na bluzkę w czerwoną krateczkę vichy, to czuję smak. Jest coś takiego, jak piękny kod (jak ktoś jest programistą, to pewnie to czuje). I moim zdaniem jest też piękno wykończenia ubrania. Piękno szycia. Harmonia we wszystkich ludzkich działaniach.


Do dążenia do tej harmonii inspirują mnie różni ludzie, których poznaję. Również te dziewczyny, które znam tylko z internetu, i które uważam za dostateczny argument za tym, żeby internet w ogóle istniał. To pracowite, zdolne i wytrwałe kobiety, które robią piękne rzeczy i nie obawiają się ich pokazać - również od środka. Przedstawiam Wam dziś te z nich, które są dla mnie największą inspiracją w zdobywaniu kolejnych stopni wtajemniczenia w sztukę szycia. Wśród nich: Justyna Marchewkowa, Tina z bloga La Dulsa Tina, Laura Mae z Lilacs and Lace i Demi prowadząca Carbon chic 


Ich prace możecie oglądać na ich blogach, a ja wrzuciłam jeszcze te wspaniałe ujęcia ich środków. Tych środków, które sprawiły, że sama zaczęłam dbać o swoje środki. I teraz też mam lamówkę zamiast strzępów.

Bluzki nie noszę, bo specjalnie ją uszyłam za małą na siebie, żeby służyła komuś innemu. Bo tak wykończoną to można przekazać w cudze ręce i się nie wstydzić. Głupio by się było wstydzić czegoś, co się robi, prawda?

Kto chce mieć ładne ubranie - niech siada do maszyny. Niech siada i robi, a technika przyjdzie z czasem. Przyszła do mnie, do Was też przyjdzie. A jak nie, to zawsze można nie pokazywać środka. Nosić na prawą stronę. Też jest ładnie. Ważne, że jest w ogóle.


Ordinariness

While I'm posting these photos, I'm staying at home and trying to recover from a terrible cold I had caught, and trying not to die of boredom at the same time, while laying in bed and browsing the retro-oriented parts of the internet because my brain isn't fully capable of processing anything more complicated than a few pretty pictures of vintage dresses. When I was a kid, staying at home when ill was great: no school, the house all to myself (mum was at work) and I could do whatever I damn wanted the whole day. It felt like vacation, really. I cherish those memories fondly. Right now, when I work from home, being sick is really not as much fun. It's just... staying at work while not really being able to do anything. I hope to recover soon. I like doing things.


So, this outfit is one of the ordinary ones I'd written about in my last post. I mean, it's just so simple. No crazy patterns, just black, grey and red. I felt it needed something special. It was so polite and well behaved that what it needed might have been a satire. And so, I chose a yellow belt instead of a matching red one. Because, you know, fries and ketchup. And because I have that vintage McDonald's bag that I wanted to show off. I acutally built this outfit around it. I guess there are those times in our lives when we want to wear fries and ketchup. We want to be them. Or, at least, I do. No matter how pretentious and in your face it may look. So, yeah. Here's to being a satire of your own style. I think that might be a style on its own.

Piszę tego posta zakatarzona, łykając ibuprom i próbując zbić gorączkę. Siedzę w łóżku od kilku dni i coraz bardziej się nudzę. Kiedy byłam dzieckiem, chorowanie było fajne: nie trzeba było iść do szkoły, cały dom miałam dla siebie (bo mama w pracy) i mogłam robić co tylko chciałam. To były zawsze prawie wakacje. Teraz, kiedy pracuję z domu, chorowanie to tylko czas, kiedy nie mogę robić nic poza przeglądaniem retro części internetu, bo mój mózg nie ogarnia niczego poza ładnymi obrazkami starych sukienek. A ja lubię robić rzeczy. Trzeba szybko wyzdrowieć.

Zestaw ze zdjęć to jeden z tych zwyklaków, o których pisałam w poprzednim poście. Jest trochę nudny, bo brakuje mu wzorów. Czerń, szarość, czerwień - ech. Jest tak grzeczny i ułożony, że wymagał odrobiny satyry. Dlatego żółty pasek. I już są frytki z keczupem. Bo jest i torba z McDonalda, którą wyszperałam w sklepie vintage. Wokół niej zresztą zbudowałam cały ten zestaw. Bo zdarza się, że przychodzi taki czas, że chcemy założyć na siebie frytki z keczupem, że chcemy być frytkami z keczupem. A w każdym razie ja chcę. I mało mnie obchodzi, jak bardzo pretensjonalnie lub wyzywająco to wygląda. To jest satyra na mój własny styl. Może to zresztą styl sam w sobie.

Jacket: from my Granny's closet
Blouse: old, Dorothy Perkins, given to me by my friend to whom I'd given it a few years ago, after I'd worn it for a few years after buying it in a second hand store. I love how some clothes circulate that way.
Skirt: vintage c/o Holy Rags vintage store
Scarf: old, Voegele
Belt: Troll
Flats: Anna Field via Zalando
Bag: vintage from Rags&Silks
Photos: my boyfriend, The Fish

(Not) boring




First, I wanted to say thank you to everyone who commented on my last post! Your kind words really made me feel uplifted, I mean it. I was looking for someone to hear me out and as it seems, you were the ones who listened and offered a cheer when I needed it. Thank you!

Some days I can't get rid of the feeling that my outfits are uninspired. I mean, nothing beats a classic like a black skirt paired with striped top. It just always works. But the simplicity of such an outfit makes me feel like I'm boring. Mind you, it's good to be boring sometimes, and there are days when I'd rather wear all black and grey and blend in the background (everybody seems to be wearing black and grey nowadays and it seriously hurts my eyes to see all the pretty people in the streets in such bland clothes... but to each his own). But I mostly like to spice things up a little. Hence the bits of red in this outfit. I love my crazy vintage windmill printed scarf and I like my kitschy red clutch with horses' heads. I adore the brooch my Mum gave me (probably given to her by my Grandma). With those small accessories, my otherwise non colourful set feels much better.

It is also worth mentioning that the skirt I'm wearing was once a dress with ridiculously small bodice attatched to a quite wide waistband (well, at least speaking about proportion). I did try to wear the dress a few times before, even pictured it once on the blog, but I had truouble breathing and the waistline hit me at a very uncomfortable place somewhere along my ribs. Long have I pondered if I should butcher such and otherwise nice piece and finally I've decided that, yes, it's my dress and I can do whatever I want with it. And I did. It's a skirt now and I'm happy about that.






Są takie dni, kiedy nie mogę pozbyć się wrażenia, że to, co na siebie zakładam, jest trochę nudne. Oczywiście nic nie przebije klasyka takiego jak czarna spódnica i bluzka w paski - to po prostu musi działać. Daleka jestem od tego, żeby odmawiaż takiemu zestawowi subtelnej siły działania, ale czasem czegoś mi tym brakuje i subtelność mi nie wystarcza. Bo to trochę jak mundurek. Trochę nudne. Oczywiście dobrze jest czasem móc zwrócić się ku nudzie - zakamuflować się w szarościach i czerniach, wtopić się w tło. Ale zwykle lubię jednak trochę doprawić swoje ubraniowe zestawy czymś dodatkowym. Stąd też czerwienie tutaj. Uwielbiam swoje vintage'owe zdobycze - apaszkę w wiatraki, torebeczkę w końskie głowy i mozaikową broszkę w kwiaty. Te maleńkie dodatki sprawiają, że ten podstawowy set spódnicowo-bluzkowy ożywa i lepiej do mnie pasuje.



Chciałam też powiedzieć, że spódnica, którą mam na sobie była kiedyś częścią sukienki o górze nieproporcjonalnie małej w stosunku do obwodu talii. Próbowałam ją nosić, nawet kiedyś pokazałam ją na blogu, ale bardzo złośliwie uwierała mnie w żebrach. Długo zastanawiałam się czy mogę sobie pozwolić na takie zmiany w ciuchu, ale postanowiłam, że ostatecznie to moja sukienka i mogę z nią zrobić co zechcę. I tak odpadła głowa - za ciasna góra została ciachnięta, a z wyprułam część suwaka i zrobiłam spódnicę. W końcu mogę w niej chodzić i oddychać!


Coat: Troll, old
Skirt: thrifted/French Connection/altered by me into a skirt
Blouse: n/n
Windmill scarf: vintage, thrifted
Pink scarf: Rossmann
Hat: n/n
Belt: Troll
Brooch: vintage, a hand me down
Clutch: vintage, thrifted
Shoes: Pier One via Zalando
Photos: my boyfriend, The Fish