Fish and ships

The other day we spent in Gdańsk, we just wandered around the old city and were looking in part at the beautiful architecture and in part for food. Food is our hobby, really. We like to eat together. I mean, solo, I don't even cook. I could very well live on just sandwiches and scrambled eggs. But together, we like to check out different tastes and flavors and textures. It is true we eat way too much of the same because we know what we like (sushi is our favorite and we tend to always order at the same place and get the large set that is way too much to eat but it's just so perfect --so sue us. Overeating on sushi is our grandest luxury in life). Going to new cities or countries is always exciting and we want to check out new dishes. Being at the seaside called for some fish, and hence, fish was had. Also some Vilnius cuisine. And undercooked pancakes in one place. Happens.

All this to say: this was my outfit for a day of walking around and eating stuff and doing some dreaded sight-seeing (I'm an anthropologist and there are few things I consider a bigger offense than doing sight-seeing, and yet, I do it shamelessly). I also went to a heavy metal concert in this outfit because... well, this is what I wear now. I did look out of place but at the same time, standing just by the stage and screaming along to the music with all the other people felt good, regardless of my attire.

Oh, and no, I don't smoke. The pipe belongs to the Fish. Just a nice prop.

Drugi dzień w Gdańsku spędziliśmy na oglądaniu starego miasta i poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Lubimy razem jeść. To znaczy, sama nawet nie gotuję. Mogłabym żywić się kanapkami i jajecznicą. Ale razem lubimy sprawdzać nowe smaki, zapachy i faktury. Co prawda zbyt często jadamy to samo (najbardziej lubimy sushi, zawsze zamawiamy je z jednego miejsca i zawsze za dużo. No i co z tego?). Dlatego wyjazd do innego miasta lub kraju zawsze jest okazją do znalezienia czegoś nowego do jedzenia. A skoro byliśmy nad morzem, prosiło się o rybę. A więc ryba była jedzona (Elephant przy długiej - porcje olbrzymie i pyszne żarcie, miła obsługa, wrócimy na pewno), a także kuchnia reklamująca się jako wileńska. I niedosmażone naleśniki. To się niestety też zdarza.

Właściwie to chciałam powiedzieć, że to był mój zestaw zwiedzająco-koncertowy. Trochę zabawnie musiałam wyglądać na metalowym koncercie w tych ciuchach, ale tak się teraz ubieram, więc jaki sens to zmieniać na jeden wieczór? Pod sceną, w ścisku i wrzasku, nie miało to żadnego znaczenia.

A, no i nie palę. Fajka jest Ryby. Po prostu fajne akcesorium.

Jacket: thrifted
Sweater: Mango, old
Shirt: found
Jeans: C&A, old
Boots: Nord
Brooch: NikoLete

*Photos by my boyfriend, The Fish.

Follow

2 comments

  1. Genialnie (przepraszam, ale muszę to napisać)!!!!!

    ReplyDelete
  2. nietuzinkowy look, ja się tak nie ubieram, ale patrzę i podziwiam ten fajny miszmasz ❤️

    ReplyDelete