In and out of place

So we're finally here, in the place I will call O. for the time being. It's as beautiful and as secluded as always, the mountains are still around us, steady and calm and eternal. The house is cold and sleepy like an old creature woken up from its hibernation after half a year of deep, unbroken slumber. We've settled in easily, it only took one full day of dizziness and sleeping for hours but now we're good to go. We've taken care of the house, put every thing in its rightful place and lit the fireplace to warm it and us.



I think in its incredibly smart nature, it wants me to get as much rest as possible in return because there seems to be no way in the world that I can post on the blog the easy way I'd imagined. In my mind I saw myself spending evenings at the table in the flickering light of the fireplace and typing away. But here I am, struggling to find scraps of internet connection and writing hastily, sitting on a log, on top of a windy hill, while my dog, Lala, frolicks in the fields around. It's not bad, mind you! It's just that my fingers are really cold and my eyes tear from gusts of the wind and my mind is a little scrambled. It's also a bit complicated in the tech-related way but I don't want to bore you with description of every possible piece of hardware malfuctioning. Everything is just a little different from my plans. But that is alright. Here, everything happens for a reason.



Jesteśmy więc tutaj, w miejscu, które póki co będę nazywać O. Jest tak pięknie i tak samotnie jak zawsze, góry rosną wokół, stałe, spokojne i wieczne. Dom jest chłodny i zaspany, jak stare stworzenie wyrwane z głębokiego snu. Przywykliśmy do niego łatwo, wystarczył jeden dzień zawrotów głowy i wielogodzinnych drzemek. Jesteśmy już gotowi. Obudziliśmy dom, rozpaliliśmy w kominku, by ogrzać i siebie, i jego, uporządkowaliśmy wszystkie poprzesuwane przez zimę przedmioty. 

W swojej starej mądrości dom postanowił pomóc mi odpocząć najlepiej jak potrafi, bo wygląda na to, że nie ma najmniejszej możliwości, żeby udało mi się pisać bloga tak, jak to sobie wyobrażałam. Miałam przed oczami wieczory, w czasie których piszę w pokoju ogrzanym od chwiejnego ognia w kominku, a tymczasem siedzę na kłodzie na szczycie okolicznego pagóra i próbuję złapać resztki połączenia z siecią, podczas gdy Lala buszuje po polach dokoła. Nie ma w tym nic złego, tylko marzną mi palce i łzawią oczy od wiatru. Nie chcę Was też zanudzać opowieściami o tym, jak wszystkie możliwe sprzęty i rozwiązania techniczne zawiodły i do jakich sztuczek się uciekam, żeby nie zaniedbać bloga. Ostatecznie wszystko jest w porządku. Tutaj wszystko dzieje się nie bez powodu.

Jacket: Camaieu
Dress: thrifted/H&M via Holy Rags
Sweater: thrifted
Scarf: found
Shoes: found
Bag: no name, old
Hat: no name, old
Necklace: old
Hairpins: old
Camera: Agfa Selectronic S, thrifted
Photos by my Boyfriend, The Fish.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

6 comments:

  1. Sounds wonderful. I hope you manage a good connection soon. I'd seriously miss your posts and seeing your beautiful photos :-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oh, thank you! I had no idea you read my blog! I'm back home now so regular posting is back :).

      Delete
  2. This looks like a marvellous place to recharge. I always imagine a field surrounded by mountains as my dream place to be (it's both relaxing and eerie). Why the logs, though? Is it a lumberjack working area? They do create the perfect silhouette though.

    P.S: your comments on my blog posts can't be replied so I thought I'd comment here ;)

    Alive as Always

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ohh, I hear you, sister! I want to live in the mountains, perhaps in a small valley surrounded by the hills, with a splendid view of the high mountains in the distance... le sigh.

      And yes, this is a lumberjack area and lots of lumbermills are located in the surrounging villages.

      Delete
  3. Replies
    1. Tak, właśnie takie zdjęcia chciałabym pokazywać na blogu :).

      Delete