Hemulen's impecunious cousin

It was a day of things going badly. Whatever I touched was bound to break. It started as a bad hair day and got worse as the day progressed. Spoons were dropped and cups broken to pieces and the sewing machine would not want to sew straight lines. I ripped the crooked seams that I'd placed on a precious fabric that I was turning into a skirt, and then ripped them again, and then once again before I decided to leave the thing be before I ruin it beyond repair. With a sigh, I was getting dressed and preparing for a photoshoot for the blog, one we do during a walk with Lala, our dog. I kept staring at myself in the mirror and trying to find just one decent angle at which I could view myself. Eventually finding none, I cried out from the depths of despair that I want no photos taken of me today because I look like Hemulen's impecunious cousin. I was relieved to get a hug from my boyfriend, The Fish, and see him accept my plea with some amount of understanding.



As you can see, though, we did take photos. That's because right after the bad thoughts materialized into unkind words, I was instantly sobered. I asked myself why I was so frustrated that I wanted to take it off on myself. Why would I let some petty frustration take control over my normal self acceptance and self appreciation? Why would I feel ugly and see myself as unworthy? I was having a bad day, that's true, but that shouldn't undermine the way I see myself. It's so easy to permit anger to turn towards me --me as an appearance --as if it was something to blame for breaking a glass or ripping some fabric, or wearing a badly fitted coat. After all, coats can be changed, fabrics stitched back together and glasses, well, aren't really such a big deal. 

This story is here to tell you that aside my mostly beautiful life that I show to you on this blog, I'm pestered by all kinds of doubts and otherwise bad thoughts, just like everyone else. Some of them are banal and silly dejections like the one I've just told you about. Others are more serious and more spiteful. I'm actively trying to teach myself not to succumb to them, like I have done in the past, and with some degree of pride I can say that I can now succeed at banishing the little monsters as they start to appear. Not a thing I was able to do a year ago or two.

I'm truly grateful for entering this level of self awareness where I can usually spot my own self-hate right away before I give in to it and indulge in it. I know myself well enough to be conscious of the way I can take a sort of a guilty pleasure in diminishing myself in my own eyes. It's a dangerous thing that has more than once led me off the path I desire to travel along, and into the realm of forgetting who I am. There really is no point in hating and pitying oneself. No great thoughts and insights are born this way. It's basically a detour. You go the wrong way and then you have to come back on your tracks. That said, it's ok to lose your way once or twice. Do it, by all means, if just to learn how to avoid doing so in the future.

How do you guys deal with your own negative emotions toward yourselves? Do you experience being unhappy with your body and your looks when something unpleasant happens in your life? Do you tend to chose to blame yourselves for all the annoying and undesirable things that happen to you? What do you like to do, to make it better?

(Oh, and by the way, my boyfriend, The Fish, asked to be featured in today's post because he liked a photo I took of him on our walk. I'm glad to introduce him to my blog. Say hi!)

To był niedobry dzień. Zaczął się od złej fryzury, a potem wszystko leciało mi z rąk: łyżka, szklanka. Nici się plątały, maszyna krzywo szyła, musiałam odpruć parę razy pasek przy spódnicy, zanim się poddałam. Ze zniecierpliwionym westchnieniem ubierałam się do wyjścia z Lalą na spacer i przygotowywałam się do zdjęć na bloga, które zwykle w czasie tych spacerów robimy, i w lustrze szukałam usilnie jakiegoś kąta, pod którym wyglądam jeszcze trochę jak człowiek. Ale go nie znalazłam. W stronę mojego chłopaka, Ryby, wyrzuciłam z siebie zdesperowane "Wyglądam jak uboga krewna Paszczaka. Nie chcę dziś żadnych zdjęć!", a on popatrzył na mnie smutno i przytuleniem dał znać, że to nie szkodzi.

A jednak zrobiliśmy zdjęcia tego dnia. Zrobiliśmy je dlatego, że zaraz po tym, jak złe myśli przekształciły się w niechętne słowa, otrzeźwiałam i zadałam sobie pytanie, dlaczego się na sobie wyżywam. Dlaczego pozwalam frustracjom obrócić się przeciwko mnie? Dlaczego tracę swoją akceptację i docenianie siebie na rzecz złości? Dlaczego obwiniam się za stłuczoną szklankę, podartą tkaninę i niedopasowany płaszcz? Owszem, mam zły dzień, ale to nie powód, żeby pozwolić sobie na taką dawkę niezadowolenia z siebie - automatycznie przekładającego się na niezadowolenie z mojego wyglądu. W końcu tkaninę można załatać, płaszcz zmienić, a szklanka, no cóż... szklanka to nie jest jakaś wielka rzecz.

Opisuję tę historię, żeby dać Wam znać, że poza pięknymi kadrami z życia, które pokazuję na tym blogu, dręczą mnie różne wątpliwości i nieprzyjemne myśli - tak, jak każdego. Niektóre z nich obniżają moje samopoczucie w banalny i niemądry sposób, jak przytoczona wyżej historyjka, inne są poważniejsze i bardziej zjadliwe. Staram się nauczyć odporności na nie, której brakowało mi dawniej. Z pewną dumą mogę powiedzieć, że teraz czasem udaje mi się odgonić te upiorki zanim się wylęgną, czego nie potrafiłam zrobić jeszcze rok czy dwa lata temu.

Bardzo mnie cieszy ten poziom samopoznania, na którym teraz jestem. Znam siebie dość dobrze, żeby mieć świadomość, z jaką lubością potrafię się czasem oddać umniejszaniu siebie, wytykaniu sobie wszystkich wad. To niebezpieczna droga, na którą wielokrotnie zboczyłam, a z której łatwo dojść do zapomnienia o tym, kim się jest i kim chce się być. A z tego nie wynika nic wartościowego, nie znajdzie się żadnej wielkiej mądrości w takim cierpiętniczym umartwianiu się. To zwykła zmyła. Jeśli warto tam zajrzeć raz i drugi, to tylko po to, żeby zrozumieć, że w przyszłości nie ma sensu tam wracać.

Jak Wy sobie radzicie z negatywnymi myślami o sobie? Czy zdarza Wam się, że przypisujecie sobie winę za to, że spotykają Was nieprzyjemne albo denerwujące rzeczy? Czy przenosicie niezadowolenie z rzeczywistości wokoło Was na niezadowolenie ze swojego wyglądu? Co robicie, żeby temu zaradzić?

(A przy okazji: Ryba zażyczył sobie pojawić się na blogu. Dawno go tu nie było, więc Ci, którzy go jeszcze nie poznali, mają szansę się przywitać!)



Jacket: Camaieu
Shirt: Troll, old
Skirt: made from a thrifted dress
Boots: Zign, via Zalando
Necklace: Camaieu
Fox bobby pin: ?
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

18 comments:

  1. Cudowne połączenie! I genialne miejsce na zdjęcia <3

    Pozdrawiam i Zapraszam do siebie http://www.fashionmint.pl/
    Zachęcam również do obserwowania, chętnie się odwdzięczę

    ReplyDelete
  2. Ta kompozycja zieleni jest przecudna! ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ooo, dziękuję! Cieszę się, że to zauważyłaś :).

      Delete
  3. Piękne zdjęcia i piękna Ty !
    Aż dziw, ze jestem u Ciebie po raz pierwszy, lecz na pewno nie ostatni :*
    Pozdrawiam !

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! Będziesz u mnie zawsze mile widzianym gościem :).

      Delete
  4. W temacie przypisywania sobie winy "Panna Przepraszam" to chyba moje alter ego ;) . Foch jest, i odbija się na najbliższym otoczeniu :(. mi szybko przechodzi, ale otoczeniu nie :P. Co zrobić, jak śpiewał Rysiek Riedel "W życiu piękne są tylko chwile" :D.

    Say "Hello The Fish" :)

    Faaajjna spódnia, faaajjny zestaw:D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ehh... skąd się nam to bierze? To przepraszanie i takie tam? Trzeba się z tego wyleczyć, trochę dystansu złapać, cieszyć się tą riedlowską chwilą :).

      Delete
  5. Prześliczne zdjęcia i stylizacja :)

    ReplyDelete
  6. Pięknie ci w zieleni i uśmiechu oczywiście :) lubię tą francuską iskrę, w twoich stylizacjach, oj tak. Z negatywnymi myslami o sobie, prowadzę regularną wojnę od wielu lat..narazie bez wygranego, ale walczę o każdą bitwę..
    Świetny tytuł posta, uśmiechnęłam się szeroko!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Trzymam kciuki, żeby było coraz więcej wygranych bitew. To ważne, umieć sobie z sobą radzić. Z czasem, zaczyna się nawet doceniać te wszystkie bitwy - wygrane i przegrane.

      Delete
  7. Jaka zła fryzura kobieto,świetne zdjęcia i świetnie wyglądasz !
    Obserwuję :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. A dziękuję serdecznie! Zapraszam z powrotem :).

      Delete