I made a skirt #3 and photography ramblings

So this was supposed to be a dress, really: the bodice from my autumn dress with a more flared skirt. But when I sewed together the bodice and pinned the skirt to it and then put it on, I felt like I was going to suffocate. There can be such a thing as too much plaid, it seems. It's probably due to the strong colours of this fabric, it's kinda overpowering to my light complexion. Now, I don't really pay attention to the colour theory and how one is supposed to dress for their skin&hair colour, I don't care if I'm a "spring" or a "winter". I like some colours better than others and I just wear them when because they please me. But apparently this plaid was too much of a good thing. The strong colours of this lovely flannel worked against me in large quantities and I guess I would've disappeared in an avalanche of pink and green plaid, were I to make a whole dress out of this fabric. So I decided to make a skirt and a blouse instead. The skirt is not the most voluminous piece but it's sort of boho and mori girl combined and it's got pockets so I love it. On the blouse I'm still working and it's gonna have the cutest back with vintage buttons and loops but I'll tell no more and you'll just have to wait and see later.




What I also wanted to say today is that the photos in this post had been taken with a cellphone camera. This morning, as the skirt was already complete, I asked my boyfriend The Fish to take my photos, only to realise that we don't have any of our DSLRs at home because they somehow ended up at my mum's. Then I thought, what the heck! Why not give the cellphone a shot. If the photos turn out a complete disaster, I can always wait for some quality time with a DSLR. But as you can see, with a little work, the photos look at least decent. We had a cloudy day which is a good thing, especially when you know that the camera you use is not the best tool for contrasty, sunlit views. Sure, the photos are not the sharpest bunch and the barrel distortion of this very wide angle lens is way out of the line but the colours are nice and the artificial depth of field is ok (admittedly I did work on them in Photoshop but then again, I always develop my photos in Photoshop, no matter the camera they come from). Which just goes to prove that, taking into consideration different factors working in favor of the camera you have on hand, you can make do with anything that takes pictures.

Still, I think it goes without saying that I'm going to stick to my DSLR for the rest of the time. But this was a fun little experiment.






To właściwie miała być sukienka. Górę uszyłam jak do tej sukienki jesiennej, poczym przyszpiliłam dół i zginęłam pod lawiną różowo-zielonej kratki. Nie do końca wierzę w typy kolorystyczne i ich palety - a w każdym razie nieszczególnie się do nich stosuję. Noszę te kolory, które mi się podobają, a ta kratka podobała mi się okrutnie. Ale, jak się okazuje, niewiara niewiarą, ale jednak można przedobrzyć. W tej ilości mocnego koloru po prostu znikłam ze swoją bladą gębą. Poszłam więc po rozum do głowy i uszyłam osobno spódnicę, a osobno bluzkę. Tu macie spódnicę do oglądania. Prosta rzecz, nieprzesadnie obszerna, ale za to mięciutka i ciepła, bo z bawełnianej flaneli, a poza tym ma kieszenie i jest w kratkę, więc jest spódnicą doskonałą.

Chciałam dziś jeszcze wyjaśnić czemu zdjęcia takie jakby inne od tych, co zwykle pokazuję. Otóż dziś rano, to znaczy koło 13-tej, poprosiłam swojego chłopaka, Rybę, żeby mnie obfotografował w nowej spódnicy i dopiero wtedy zorientowałam się, że obie nasze cyfrowe lustrzanki zostały u mojej mamy. Pod ręką był tylko aparat w komórce. Pomyślałam sobie, że właściwie dlaczego nie. Ostatnio czytałam u Joulenki (to jeden z moich ostatnio ulubionych blogów - serdecznie polecam tę niezwykle rozsądną i miłą dziewczynę) post o tym, że nie każdym sprzętem da się zrobić dobrą fotę i pozwoliłam sobie nawet na odrobinę teoretycznej polemiki, a teraz postanowiłam sprawdzić w praktyce jak to jest.

No i jest, jak jest. Zdjęcia nie są najostrzejsze, a ilość dystorsji beczkowej może powalić, ale za to kolory w porządku, kontrasty też ok, a sztuczne rozmycie tła na upartego daje radę (to nie jest prawdziwa głębia ostrości tylko kalkulacja aparatu Bartka, HTC One m8 - podobny efekt można osiągnąć chwilą roboty w Photoshopie). Kolorami bawiłam się w Photoshopie jak przy obróbce każdego zdjęcia, które zamieszczam na blogu - bo uważam, że "surowe" zdjęcie z aparatu to tylko wstęp do osiągnięcia fotografii, którą chcemy otrzymać. Trzeba wziąć pod uwagę, że robiliśmy zdjęcia w pochmurny dzień, więc aparat nie musiał sobie radzić (czy też raczej: nie radzić) z mocnymi kontrastami typowymi dla dnia słonecznego - to zadziałało na naszą korzyść. 

A więc czy da się? Moim zdaniem da się. Trzeba się jednak trochę postarać. Nie muszę chyba jednak wyjaśniać, że to lustrzanka stanowi moją podstawową broń na polu fotograficznej bitwy. A to tylko taki tam mały eksperyment.


Skirt: made it myself 

Pattern: you don't really need a pattern for a simple rectangle-based, gathered skirt. 
Blouse: second hand/Gustav 
Cardi: Line of Oslo c/o Holy Rags vintage store 
Scarf: Deichmann 
Necklace: ?? I can never remember where I get my cheap jewelery from 
Flats: Nord 
Photos by my boyfriend The Fish.

Bracciano part 3


What nobody told me and I had no way to know, was that it is windy in Italy this time of the year. I mean, it is really windy. It's the hold-your-skirt wind type. Very unforgiving, especially when you wear circle skirts like this one that I'd sewn for myself moments before we left. Circle skirts tend to just do what they please and go up whenever you aren't watching. But I really had no idea so all I packed were skirts and dresses, silly me. Also the hat needed constant help with not flying off of my head. Whew!




Nikt mi o tym nie powiedział, więc nie mogłam wiedzieć, że o tej porze roku we Włoszech wieje. Wieje bardzo. Tak bardzo, że jest to oficjalny Sezon Wiatrów Podwiewających Spódnice. Niestety, zapakowałam wyłącznie spódnice i sukienki do naszej wyjazdowej walizy, więc połowę wyjazdu spędziłam trzymając się za żyjące własnym życiem rąbki, które nagle wykazały tendencje do uczynienia mnie bardziej nieskromną niż w istocie jestem. Szczególnie uszyta w ostatniej chwili spódnica z koła niespodziewanie odsłoniła swój podfruwajkowy charakter. Kapelusz też odleciałby, gdybym mu nie pomogła zostać na głowie.

Jacket: camaieu
T-shirt: Review, old
Hat: borrowed
Necklace: ??
Belt: thrifted
Photos: my boyfriend, The Fish

Bracciano, part 2

Bracciano is a lovely small town in Lazium territory, about 30 km away from Rome, sitting on a hill towering above Lake Bracciano. It is a tourist resort in the warmer part of the year but since we came around in the late October, it was already a lazy, calm and peaceful place where life slowly unfolds instead of sprinting forward. For us, it was the dreamiest place to be, especially since we were tired of big city life and its haste and constant whirr.



The town consists of two parts: the old one placed on the highest hill, around the castle, and the modern one. The old part is full of tiny houses and meandering narrow alleys. We had a pleasure to live in one such house. The modern part is full of shops and restaurants and cafes, frequented both by the locals and the tourists.




The people of Bracciano are friendly and helpful and we had a really nice time staying there, trying local foods and drinking cheap and tasty Italian wine, eating out the 1€ sliced pizza, sitting at the cafes, drinking our cafe lattes (never order cappucino in Italy after breakfast!) and eating ice cream or amazing mousses. All in all, a time well spent and relaxed state achieved. I seriously would come back for more.










Photos: my boyfriend, The Fish

Bracciano part one

Our autumn vacation in Italy is over and we're back home. Still, I have a lot to show you from our time abroad so be prepared for a few posts about our adventures in Bracciano and Rome, mostly pretty pictures but who knows? Maybe something more. 

In the meantime, take a look at this lovely dress from Modcloth that I'd had for a year now (my Boyfriend the Fish bought it for me!) and had no opportunity to wear as it is a little dressy with its large bow and wrapped bodice, even for my taste. It seemed like a nice piece in which to explore the old town of Bracciano, though!

When we were choosing a place for our holidays and we already knew that we were going to Italy, we decided that it would be nicer to live in a small town instead of a big city. Being the peaceful and quiet creatures that we are and currently living close to a large city's center, we were tired after the last half a year. We also wanted to spend our time in a cozy space that would make us feel at home. Hotels never seem to provide that feeling, really, so we looked through airbnb for nice places to stay. We wanted it somewhat close to Rome but not IN Rome, so that we could have our rest, stay in a quiet place and be able to take walks in pretty areas and when the mood strikes, get on a train or bus and go see the famous eternal city.

We found our dream flat in Bracciano, a lovely town dating from Medieval times, with its castle and lake, and beautiful vistas. When we arrived, our host left us the keys and we had the flat just to us. It was the coziest, warmest tiny place ever, sitting at the upper floor of a house in the old city area. We had lizards visiting and some birds nesting on the roof, and the soothing sounds of the nightlife and the amazing view from both windows which you can see below.  


Wczoraj wróciliśmy z jesiennych wakacji we Włoszech i powoli wdrażamy się w codzienne życie w domu. Mamy mnóstwo zdjęć i pięknych wspomnień z Bracciano, w którym się zatrzymaliśmy, i z Rzymu, więc najbliższych kilka postów będzie pełnych słońca i ciepła. Postaram się Wam opowiedzieć o tym, co widzieliśmy, czego się dowiedzieliśmy i z jakimi odczuciami wróciliśmy.

Na zdjęciach mam na sobie sukienkę z Modcloth, którą Ryba, mój chłopak, kupił mi jakiś rok temu, a ja do tej pory nie miałam okazji jej założyć. Z jakiegoś powodu wydaje mi się bardziej strojna niż inne moje sukienki - być może przez inny krój góry i dużą kokardę w talii. A jednak do zwiedzania starego miasta w Bracciano nadała się bardzo dobrze, więc przypuszczam, że w przyszłym roku znacznie częściej będzie oglądała światło dzienne.

Kiedy planowaliśmy swój wyjazd, kierowaliśmy się tym, że chcemy odpocząć, a więc odpadało wielkie miasto. Bilety na samolot mieliśmy już kupione - do Rzymu. Postanowiliśmy więc poszukać czegoś w okolicach, by odpocząć od hałasu, pospacerować i nasycić się widokami, a w przypływie chęci - wsiąść w pociąg i pojechać do wiecznego miasta. Zależało nam też na przytulnym miejscu, gdzie moglibyśmy poczuć się jak w domu, więc odrzuciliśmy hotele i skoncentrowaliśmy się na szperaniu w airbnb. W ten sposób trafiliśmy na Bracciano, przepiękne, średniowieczne miasteczko u podnóża wiekowego zamku, rozciągające się nad brzegami jeziora. Udało nam się tam znaleźć urocze mieszkanko w okolicy zamku i tam właśnie spędziliśmy dziesięć dni otoczeni pięknymi widokami, które mogliśmy podziwiać już przez okna naszego lokum, nawet w dniach zupełnego lenistwa, kiedy prawie nie wychodziliśmy z domu.

Dress: Modcloth
Jacket: Camaieu
Pumps: nn
Photos by my Boyfriend the Fish