Staying true

I bought this dress because I liked it. Well, it was also cheap and second hand, so that added to my decision, but regardless. I knew it would be hard to wear. It's a goddamn dotted chirpy yellow skater dress with a lace peter pan collar. That's what it is. Now I do try to wear as much colour as I can but this is much even for me. Very saturated, too. But I wanted to wear it and so I did. I tried to tone it down a notch by wearing subdued colours with it, as opposed to black accessories which would surely kill its cheery vibe. So I took it on a walk in the woods.

Now let me tell you I'm getting used to being looked at in the streets. With my flared skirts and dresses and overall cuteness that I aim for, I'm something else. And while it does bother me that people stare (well, why should people be allowed to look and judge whatever you are wearing? It's not like you do it to please them!), I try not to notice. 

I might have looked out of place in the forest, what with all the people in fleece and trekking shoes and I did get stared at and quite rudely, I must add! But I did ask myself: am I really out of place? Am I physically uncomfortable? No. Am I wearing skyscraper heels? No. Am I not dressed warm enough for the weather? No. You can even see the sleeves of a blouse that I'd worn under the dress to make sure I don't get cold. Does my ass show? No. So. I'm dressed fine for the occasion of taking a stroll in the forest. It's a casual, everyday outfit for me. And my judgement is what counts. Plus, my boyfriend The Fish thinks I looks cute and that's all I need.

But I wouldn't mind if people stopped staring.

What are your thoughts? Do your clothes turn heads? If so, how do you feel about it?




Kupiłam tę sukienkę, bo mi się podobała. No, była też tania i z second handu, co pomogło mi podjąć decyzję, ale mniejsza o to. Wiedziałam, że to nie będzie prosta rzecz do noszenia. Słonecznie żółta, rozkloszowana sukienka w groszki z koronkowym kołnierzykiem. No, niełatwa. Ale podobała mi się i chcę ją nosić, więc ją założyłam, tym razem na spacer po lesie.

Przyzwyczajam się powoli do tego, że to, co noszę, sprawia, że ludzie się za mną oglądają. Nie dziwię się, bo ze swoimi retro sukienkami, rozkloszowanymi spódnicami i ogólną słodyczą, którą staram się osiągnąć, nie jestem ubrana jak większość przechodniów. Staram się nie zauważać, że ludzie się gapią, ale przeszkadza mi to. Dlaczego się gapią? Dlaczego oceniają? Czy ich zdaniem powinnam się ubierać inaczej? Przecież ubieram się dla własnej przyjemności, a nie cudzej uwagi.

W lesie ten zestaw najwyraźniej się nie przyjął. Wokoło wszyscy w polarach, trekach i z kijkami do nordic walkingu, a tu taki żółty kwiatek zakwitł na ścieżce. W związku z tym byłam pod ciągłą obserwacją, niestety zwykle nieuprzejmą, taką z gatunku tych z wyciągniętą szyją Poczułam się tak nieswojo, że zrobiłam sobie reality check. Czy jest mi niewygodnie? Nie. Czy mam obcasy do nieba, na których przewracam się na nierównych ścieżkach? Nie. Czy jest mi zimno? Nie, mam nawet pod sukienką koszulkę, żeby na pewno nie zmarznąć. Czy mam dziurę na tyłku? Nie. W takim razie nie jestem ubrana nieodpowiednio na spacer do lasu, chociaż inaczej niż wszyscy dookoła. To odmiana mojego codziennego ubioru. Postanowiłam więc, że jeśli mnie się podoba, mojemu chłopakowi Rybie się podoba - i wystarczy.

Ale byłoby miło, gdyby przestali się gapić.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy Wasze ubrania ściągają wzrok i czujecie, jak ludzie się za Wami oglądają? Jak się z tym czujecie?

<a href="http://www.bloglovin.com/blog/12949679/?claim=r9b6m6dyn8m">Follow my blog with Bloglovin</a>

Dress: second hand/Atmosphere 
Tights: old 
Boots: Deichmann 
Scarf: found

Cherishing

It is important to me at this time in my life to cherish the good things that happen to me. I tend to worry a lot. We both do, my boyfriend The Fish and I, and I think together we kinda double the amount of worry needlessly. I am aware that there are things that are ok to worry about: job, finances, our cat's recuring illness, even our dog's bitten ear. But these are things that we can change and it's good to act upon that knowledge. Other things, small, simple problems that worry us but otherwise just pass by and we can't do anything about them -- they're not worth all the sadness and sick stomachs.

Therefore, I try to stay calm and do my stuff. We take walks and take photos together with The Fish and sometimes with my Mum. I sew my dresses and am ecstatic about the stash of fabrics that came my way (more on that soon). My cats are cute and my dog is lovely and my boyfriend is perfect. I have a new phone and finally can post to Instagram (btw., you can follow me here if you want to). The food we eat is delicious and the video games we play are addictive. The weather is amazing and it's joy to choose my clothes these days. That is what I choose to see and value.

 
Dress: Camaieu 
Shirt: old 
Tights: old 
Shoes: Deichmann 
Scarf: found
Fot: my boyfriend The Fish

I made a dress #6


Hello! Just a quick post to let you know that I haven't been idle. It seems that with each summer dress I make, the weather turns to the worse, so I've been making them a-plenty to make sure it snows soon enough. Kiddin'. The weather has ben worsening, though, and I have been sewing. 

This new dress is again made from the free pattern from Sew Mag, the one I've made twice before: here and here. I've set myself a goal to practice it till I make it really nicely. And I think third time's the charm because this one here turned out just how I wanted it. It only took a day to make! That's the fastest dress ever. It's fully lined, the skirt is sitting nicely around the waist, the gathers are regular and pretty. I really like how the hand-picked zipper turned out this time. The only thing that I should've worked on better was the hem. The fabric that I used here is kinda thick and stiff and I've worked with such fabric before so I know that folding it twice makes it ugly. So I only folded it once. I should've used a bias tape, in all honesty, but I can't be bothered now. I'll learn at another opportunity. 


Next up is a more autumn-style dress, a 1960s pattern from Neuer Schnitt, a German magazine that I bought a pile of some time ago and keep looking through for inspiration almost daily. I'm going with the model pictured below. I have a nice, soft, beige-ish, warm cotton fabric ready to cut for it. It drapes wonderfully, kinda like it's a knit, and I believe it will look great with those simple kimono sleeves. 



Wpadam na chwilę, żeby dać znać, że się nie lenię. Wygląda na to, że im więcej szyję sukienek, tym gorsza robi się pogoda, więc szyję szybko, żeby przyciągnąć do nas śniegi przed najbliższym wtorkiem. Żartuję oczywiście. Ale pogoda faktycznie się pogarsza, a ja faktycznie szyję. 

Nowa sukienka to znowu darmowy wykrój z Sew Mag, który uszyłam wcześniej dwukrotnie: tu i tu. Postanowiłam, że doprowadzę szycie tego wykroju do perfekcji i przy trzecim podejściu w zasadzie mi się to udało, nawet mimo jednego niedorobionego drobiazgu. Szyłam tylko jeden dzień, zaczęłam rano, a skończyłam w nocy, więc błysk. Sukienka ma pełną podszewkę, spódnica ładnie siedzi wokół talii, spasowałam nawet wzór tam, gdzie się dało. Marszczenie spódnicy jest równomierne, na czym mi zależało. Podoba mi się też jak wyszedł ręcznie wszyty suwak - jest równo i nic się damo nie odpina. Jedyna rzecz, którą powinnam poprawić, to obrębienie spódnicy. Podłożyłam ją tylko jeden raz, bo zdawałam sobie sprawę, że podwójne podłożenie tak grubej bawełny sprawi, że dół będzie się brzydko układał. Powinnam była wszyć lamówkę, ale teraz już mi się nie chce poprawiać. Nauczę się tego przy następnej okazji. 

Na tapecie mam teraz jesienną sukienkę o zupełnie innym fasonie niż dotychczasowe uszytki. Wykrój znalazłam w jednym z magazynów Neuer Schnitt z lat 60-tych, które kupiłam jakiś czas temu w sporej ilości i przeglądam je niemal codziennie w poszukiwaniu inspiracji. Wybrałam model widoczny na zdjęciu i mam do niego przygotowaną ciepłą, miękką, beżowawą bawełnę, lejącą jak dzianina. Powinna bardzo ładnie wyglądać w tej wersji - kimonowe rękawy to jest to.

Dress: made it myself
Fabric: thrifted
Pattern: free pattern from Sew Mag; made twice before: here and here
Belt: Troll
Tights: old
Oxfords: Nord

I made a dress #5


Rok temu uszyłam swoją pierwszą sukienkę. Wybrałam prosty, darmowy wykrój w stylu retro i postanowiłam, że spróbuję. Trwało to trochę, nie wiedziałam do końca co i jak, ale udało się. Od tego czasu sukienka wisi smętnie w szafie, bo mimo że bardzo udana, to trudna do stylizowania na codzienne potrzeby.


Jako że po drodze uszyłam kilka trudniejszych wykrojów, postanowiłam wrócić do tego pierwszego, łatwego, tym bardziej, że był już wycięty, a nie chciało mi się kalkować kolejnego. A więc szpilki w dłoń, odrysowujemy na materiale, wycinamy, szyjemy, nie ma co mierzyć, bo przecież już raz szyłam i wszystko pasowało doskonale, wszystko idzie idealnie, szybko, przyjemnie... aż do przymiarki uszytej góry, kiedy okazuje się, że popełniłam błąd kardynalny: dodałam zapas na szwy do wykroju, w którym ten zapas już był dodany. Uszyłam piękną sukienkę na kogoś o kilka rozmiarów większego od siebie. Westchnęłam ciężko i prułam, zmniejszałam, mierzyłam, prułam, zmniejszałam... I tylko patrzyłam, czy nie ubywa zanadto tego cudownego, niebieskiego materiału w białe plamki, który wyszperałam gdzieś w sklepie z końcówkami tkanin. Było go na styk: 80 cm szerokości i 2,20 długości. Jeśli skrewię, nie będzie z czego dosztukować.



Ale udało się! Sukienka leży świetnie, chociaż powinnam nieco przefasonować podkrój pach. Niestety odpina się suwak na plecach, ale zaradziłam temu nieco wszywając guzik i pętelkę. No i mam nauczkę na przyszłość: dokładnie czytać każdą instrukcję, nawet jeśli już znam wykrój.


A year ago I sewed my first dress ever. It was a retro style, simple, free pattern and I just gave it a go. It came out all right but mostly gathered dust in my wardrobe due to its fancy pattern that's really hard for me to style for everyday wear. As I did like that first pattern, a very basic dress easy to modify, I decided to make it again, this time, using a fabric that I loved and knew I would wear endlessly.

And so I did. I laid out the fabric, the pattern pieces, pinned them down, cut, sewed and everything was going smoothly and lovely until I first put the finished bodice on. Because, well, it was big. Like, a few sizes too big. I sighed while the problem unveiled in my mind. I'd forgotten this pattern had already had the seam allowances added to it and I added my own. And so, long hours of ripping the seams and fitting and sewing again (and trying not to swear) proceeded. The final product is fully lined, fits like a glove and the only real problem is the separating zipper that I partially fived by adding a button and loop at the back. I'm currently too lazy to insert a new zipper.

So, after all is corrected and finished, I'm really happy with the result. It's a beautiful, simple dress and I've already worn it three days straight, and am currently sitting in it as I type. Gonna squeeze every last drop of summer out of it while the late summer still lasts here in Poland.

Dress: made it myself
Pattern: via Sew Mag
Fabric: thrifted
Belt: vintage
Photos: Bartek

Things important and more important


Over the years, I have come up with a life motto that doesn't sound very romantic but it works "There are things that are important and things that are more important". To me, it means that at all times there needs to be a balance between what you have to do and what you want to do, and the way you feel about that. So last week the work was in the "more important" zone and the rest of my life was just in the "important" section with subsections of "less important" and "unimportant". I really wanted to blog during the week but alas, I had to throw that wish away with the rest of "unimportant" stuff. And that's why I wasn't here. But the work is done now and I can again balance out my life according to what I feel like doing. And blogging is back quite near the top of the "more important" pile, along with sewing (a new dress is on the make!) and painting my nails (I didn't have time for that in a month, I think).

I'm back with my newest dress as a simple late-summer outfit with a grey cardi and black flats. It's really as simple as it gets but I especially like the cardi as its greyness because it tones down the crazy print of the dress. I like to balance out my outfits the same way I balance my life tasks. When I feel a dress might stand out too much, I pair it up with basic, unobtrusive pieces just to tone it down a bit. That way I can wear all of my wierd and colorful dresses on a daily basis and not feel like I look like I'm on my way to a retro-themed party.


Przez lata wypracowałam sobie życiowe motto i brzmi ono niezbyt romantycznie, ale za to działa: są rzeczy ważne i ważniejsze. Dla mnie oznacza to poszukiwanie równowagi w życiu, w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdę. Chodzi o znajdowanie priorytetów w każdej sytuacji i kierowanie się rozsądkiem i intuicją przy ich wyborze. Przez ostatni tydzień do szufladki z napisem "ważniejsze" wpadła praca, a reszta mojego życia trafiła na półkę poniżej, opisaną jako "ważne", "mniej ważne" i "nieważne". Bardzo chciałam napisać coś na blogu, ale niestety wpadł bardzo nisko w mojej hierarchii priorytetów i musiał poczekać. Teraz na szczęście dosyć zwariowane i pełne umiarkowanie sympatycznych niespodzianek zlecenie jest już za mną, więc mogę na nowo poustawiać sobie życiową równowagę. W tej chwili blog wraca na górną półkę, obok innych przyjemnych czynności, takich jak szycie. Znalazłam nawet czas na malowanie paznokci! Bardzo to lubię, odpręża mnie to.

 Wracam więc z zestawem skomponowanym wokół mojej najnowszej uszytej sukienki (nowa już w produkcji!). To bardzo proste zestawienie, które polega na zbalansowaniu smaków. Tak samo, jak poszukujęw życiu równowagi, tak staram się ją osiągnąć w stroju. Jeśli więc uznaję wzór na tej sukience za nieco zbyt przyciągający wzrok, to założę do niej bardzo niezobowiązujące dodatki, takie jak szary rozpinany swterek i czarne balerinki. Dzięki temu zestaw jest nieco bardziej stonowany, ale przecież nie przytłumiony. Ta sukienka, w połączeniu z czerwonymi obcasami i chustką zawiązaną na głowie, doskonale nadawałaby się na bal w stylu lat 50-tych, ale jeśli chcę ją nosić na co dzień - a chcę - to będę ją wkładać w subtelniejsze ramy, tak jak tutaj.




Dress: made it myself 
Cardi: no name 
Flats: Tamaris via Ambra 
Belt: Troll 
Bag: L'Artigiano

In the light

There are days like today, when I should be working hard and using all the time that I have for things that are considered productive --and yet I choose a different way of dealing with the world. And so today I spent the whole afternoon with one of the most important people in the world to me: with my Mum.

Sometimes, along the busy way of life that I lead like we all do, I tend to forget how essential it is to spend time with her on simple activities like drinking coffee, talking, taking walks, talking and more talking. If there is something we, the women of my family, have in common, it is the distinct ability to never cease telling out stories. My Grandma once told me a story from the times she and my Grandpa were young, and she was very aggravated at him for whatever reason, and she was telling him all the things she thought wrong, finishing it with a seriously irritated question: "why are you not saying anything?!" to which he promptly, albeit calmly replied "that's because you've already said everything there was to say, my dear". Let me tell you, our talkativeness is not in any way influenced by us being aggravated or otherwise. We just. Don't stop. Talking.

While that may be muddling to some, we find it the most attractive form of spending our time together. It is a truly unique relation in my life: to have someone with whom I can analyze and even overanalyze everything I need and more, to find new meanings and put new perspectives to work, to dream and achieve things together, just through the exchange of words.

In this way, more than any other I think, my Mum has taught me a lot. Some of the greatest things that I owe to her are passion, dedication and staying true to myself. I believe it is thanks to her way of raising me that I'm not afraid of trying new things, especially in the realm of arts and crafts. And even though she never taught me to draw or sew (she did teach me how to crochet and she was the one who first opened the world of photography to me, though), she was still inspiring the idea that I actually could do it if I wanted. And so, I did.



The older I get, the more I appreciate all that she gave me to make me the human being I am today. We had our rough patches, as all mothers and daughters do, but the feeling of closeness and the readiness to understand each other's point of view have always been there. And that, I think, is one of the most beautiful things to have in a relationship with anyone.


Są takie dni, jak dziś, kiedy, zamiast pracować do utraty tchu, wybieram chwilową wolność i nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Dziś spędziłam bardzo przyjemne popołudnie z jedną z najważniejszych osób na świecie: z moją Mamą. 

Czasami, w porywach szybkiego życia, które wiodę, jak wszyscy, zapominam, jak niezmiernie ważne jest spędzanie z nią czasu na prostych czynnościach: piciu kawy, rozmawianiu, spacerowaniu, rozmawianiu i rozmawianiu. Jeśli jest coś, co charakteryzuje wszystkie kobiety w mojej rodzinie, mimo bardzo wielu cech, które nas różnią, to szczególna umiejętność ciągnięcia naszych opowieści w nieskończoność. 

Moja Babcia opowiedziała mi raz anegdotkę ze swoich czasów młodzieńczych, kiedy, jak świeża mężatka, wygarniała coś długo i dokładnie mojemu Dziadkowi. Jej ostatecznym argumentem na ogólnie zły stan rzeczy, było poirytowane pytanie: "dlaczego Ty nic nie mówisz?!", na które Dziadek odpowiedział z wrodzonym sobie spokojem, "kochanie, bo Ty już wszystko powiedziałaś". To nas nieźle podsumowuje. Nasza gadatliwość jest zresztą niezmienna, niezależnie od nastroju. 

Chociaż niektórym trudno się w tej gadaninie odnaleźć, dla nas jest ona centralną formą kontaktu i spędzania razem czasu. Dla mnie to prawdziwie jedyna w swoim rodzaju relacja. Mam kogoś, z kim mogę wszystko omówić, przeanalizować, znaleźć nową perspektywę, zaplanować, wymarzyć i osiągnąć - i to wszystko w pojedynczej rozmowie, wyłącznie dzięki wymianie słów. 

To właśnie w ten sposób nauczyłam się od Mamy najwięcej. Zawdzięczam jej umiejętność znalezienia w sobie pasji, oddania i pozostania w zgodzie ze sobą. Myślę, że to dzięki temu, jak mnie wychowała, nie boję się próbować nowych rzeczy, szczególnie w obszarach artystyczno-rękodzielniczych. I nawet, jeśli nie miała jak nauczyć mnie rysować i szyć (za to nauczyła mnie szydełkować i otworzyła przede mną świat fotografii), to zaszczepiła we mnie wiarę, że mogę sama spróbować i, jeśli się przyłożę, to mi się uda. Tak więc robię co jakiś czas i wychodzę z takich doświadczeń z kolejnymi umiejętnościami. 

Im jestem starsza, tym bardziej doceniam to, ile mi dała, bym mogła być tym człowiekiem, którym jestem dziś. Miałyśmy trochę trudniejszych momentów, jak wszystkie matki i córki, ale świadomość bliskości i gotowości, by się wzajemnie zrozumieć, zawsze były między nami. A to, jak sądzę, jedne z najpiękniejszych elementów każdej relacji. 

Dress: second hand 
Jacket: second hand/Sisley 
Belt: vintage 
Scarf: second hand 
Tights: nn 
Flats: Tamaris via Ambra
Bag: nn
Photos: Mum

How to sew your first project/Jak się zabrać do szycia




Kilka osób poprosiło mnie ostatnio o to, żebym napisała kilka rad dla takich, co chcieliby szyć, a nie umieją i boją się coś zepsuć. Nie jestem w żadnym razie doświadczoną krawcową, więc mogę polegać tylko na swojej niewielkiej wiedzy, ale jako że początki nadal są mi bliskie i pamiętam swoje wątpliwości, to powiem, co wiem.

1. Zacznij od czegoś, co Ci się podoba. Po co zabierać się za szycie poduszki, skoro nie sprawi Ci to frajdy? Jeśli nie wierzysz, że potrafisz poprowadzić prosty ścieg przy szyciu bluzki albo sukienki, to skąd pomysł, że poprowadzisz go równo w poszewce na poduszkę? Nie wyobrażam sobie niczego bardziej frustrującego niż spędzenie kilku godzin przy projekcie, który mnie nie kręci, by na koniec stwierdzić, że w ogóle mi nie wyszedł. Na długo odebrałoby mi to chęci do dalszych prób. Ale zawsze będę zadowolona z czegoś, co chciałam uszyć, nawet jeśli wyjdzie trochę krzywo. Jeśli więc marzysz o sukience, to ją sobie uszyj. Wybierz prosty wykrój (np. z Burdy), trzymaj się instrukcji (tu już niekoniecznie z Burdy, bo są bardzo niezrozumiałe) i zobaczysz, że nawet jeśli coś tam będzie odstawać i jakieś nitki się poplączą, będziesz sto razy bardziej zadowolona z efektu niż gdybyś uszyła coś, co Cię nie rajcowało od samego początku. A jeśli kochasz piękne poduszki - naturalnie uszyj poduszkę!



2. Wybierz prosty wykrój z dobrymi instrukcjami. To nie jest koniecznością, ale przekonałam się na własnej skórze, że warto mieć coś, co poprowadzi Cię za rękę, kiedy stawiasz pierwsze kroki w szyciu. Moim pierwszym uszytkiem była oczywiście sukienka, dla której wykrój wykonałam sama odrysowując go od innej sukienki. Nie będę się przyznawać, jak bardzo mi nie wyszła, ale i tak byłam z siebie dumna.

3. Miej pod ręką wszystko, czego potrzebujesz. Wyobraź sobie, że odrysowałaś i wycięłaś wykrój, spięłaś szpilkami materiał, a przy pierwszym szwie łamiesz igłę i nie masz żadnej w zapasie. Pozostaje Ci bieg do pasmanterii albo, jeśli zaczęłaś wieczorem, odłożenie roboty do następnej wolnej chwili. Dramat.
A podstawy są następująe:
- wykrój i papier do skopiowania go
- szpilki
- odpowiednia ilość materiału, jaki sobie wybierzesz - podana w instrukcjach do wykroju. Jeśli kupisz nowy materiał, przed szyciem musisz go zdekatyzować czyli uprać, żeby się skurczył do właściwych wymiarów. (Lepiej nie kupuj od razu jedwabiu. Może jakąś ładną zasłonkę albo poszewkę w second handzie.)
- żelazko
- miara krawiecka i Twoje wymiary, najlepiej spisane na karteczce
- maszyna do szycia (o ile nie zamierzasz szyć ręcznie)
- zapasowe igły do maszyny
- nić we właściwym kolorze (na początek lepiej w kolorze pasującym do materiału)
- suwaki, guziki - jeśli wykrój ich wymaga
- para ostrych nożyczek wyłącznie do cięcia tkaniny; druga para do cięcia papieru
- czas. Szycie wymaga czasu. Najlepiej od razu założyć, że to nie będzie jedno popołudnie, a seria przysiadów w wolnych chwilach.




4. Zapoznaj się ze swoją maszyną. Może kupisz sobie nowiutki model prosto z linii produkcyjnej, a może dostaniesz zakurzony łomot z babcinej szafy (ja mam łomot z maminej). To właściwie nie ma znaczenia. To, co musisz wiedzieć na sam początek, to jak ustawić ścieg prosty i zygzak. I jak wyregulować naciąg nici. Każda maszyna ma instrukcję, więc ją przeczytaj. Jeśli nie masz jej w druku, poszukaj w internecie. Przeczytaj, wyreguluj i upewnij się, że ściegi są poprawne. Inaczej uszytek rozpadnie się zdecydowanie zbyt wcześnie i będzie Ci smutno. Nie warto się smucić.



5. Nie zniechęcaj się. Jestem pewna, że wszyscy coś knocą w swoim pierwszym szyciu. Jeśli to niewystarczające pocieszenie, to wiedz, że nawet doświadczeni szyjący się mylą i muszą czasem rozpruć jakiś krzywy szew. Jeśli mi nie wierzysz, to obejrzyj The Great British Sewing Bee, uroczy show o krawcach-amatorach z Wielkiej Brytanii. Jest pełen cudownych ludzi, których zmagania ogląda się z uśmiechem na twarzy, a poza tym można się czegoś nauczyć.




6. Pochwal się! Cokolwiek uszyjesz, pokaż to ludziom i przechwalaj się, że tak pięknie Ci wyszło, chociaż to Twój pierwszy raz z maszyną. Ludzie kochają rzeczy ręcznie robione i komplementom nie będzie końca. Tak pokrzepiona, wybierz następny projekt. Następnie powtórz punkty od 1 do 6.

I've been asked to write up a few tips for those people who would love to start sewing but don't know how to start or are scared they won't do good. Well, I'm not an experienced sewer myself so I can only base on my own knowledge of things but I think I do have a few tricks up my sleeve. So here we go!

1. Start with something you love. Why start with sewing a cushion if it's not something you are boiling up to sew? If you don't believe you can make a straight stitch and you'll screw up that dress you've been dreaming about, why would you believe you won't screw the same straight stitch on a cushion? I can't think of anything more frustrating than spending a few hours on a project I'm not really that into only to realize it came out ugly. But I'll always enjoy something I was eager to make, no matter how screwed up. So, want a dress? Then make it. Pick an easy pattern, follow it thoroughly and the result will make you umpteen times more satisfied and proud than sewing any other thing you don't enjoy. Even if the seams are sometimes skewed and you had to rip the skirt from the bodice five times before it looks half decent (happened to me on my first sewing project). But if you love cushions and were pining to have one like that in this catalog you can't stop ogling, by all means, give it a try and give it your best!



2. DO get a pattern with easy to follow instructions for your first project. This point is not a necessity but I have found out it really helps to have something to guide you throgh your first steps as a seamstress. My very first project was a dress of course and I made my pattern from another dress that I'd owned because back then I haven't had any patterns yet. Boy, was it a mess! But I was still proud as hell, so see point 1.
Oh, and you can buy patterns in your local sewing supplies shop or online, for example on BurdaStyle.com!

3. Have everything you need. There's nothing more unnerving than doing all the drawing and cutting and then breaking your machine needle at the first stitch only to notice you don't have a replacement. So before you start sewing, make sure you've made that one run to your local haberdashery to get whatever you need.
The basics are as follows:
- your pattern and paper for copying it
- pins
- the right amount of fabric of your choice --the amout is given in the pattern. If you buy a new fabric, you also have to wash it before you sew so that it shrinks down to its final dimensions. (Please don't buy expensive silks for your first sewing. Any used bedsheet will suffice.)
- clothes iron
- tape measure
- a sewing machine (if you don't intend to sew by hand)
- spare machine needles
- thread in the right colour (matching or contrasting your fabric --preferably matching if it's your first time sewing)
- zippers and buttons if your pattern calls for them
- a pair of good, sharp scissors you'll use to cut fabric and nothing else; also another pair for cutting paper
- time. Sewing takes a lot of time so come prepared and don't get your hopes up for finishing in one sitting. You can always come back to your project later.



4. Get to know your sewing machine. Some come with all the bling of the new and some come out of your grandma's closet. That actually doesn't matter. What matters is that you know your straight stitch and your zig zag. And your tension. Every sewing machine comes with an instruction booklet, so read it. Find it on the internet if you don't have one in print. But read it and adjust your machine accordingly and make sure your stitches are spot on. Otherwise whatever you make is going to fall apart much too soon and you'll be sad. Don't be sad.



5. Don't get discouraged. I'm pretty sure eveyone screws something up in their first sewing project. If that's not a consolation to you, please rest assured even experienced sewers have to undo their stitches from time to time. If you don't believe me, watch The Great British Sewing Bee, a wonderful show about eager sewers from Great Britain. It's adorable. And you'll learn a thing or two from it.



6. Wear it! Whatever you make, find a use for it even if it's not perfect. You made it so show it off! Tell people about it. Take a photo of it and put it on facebook. Listen to the compliments and bask in your greatness. Then, get motivated to sew another one, better. Repeat from 1.

Photography 101: Jak robić dobre zdjęcia, część druga.


Większość z Was robi zdjęcia w plenerze, dlatego w dzisiejszym wpisie z serii fotograficznej opowiem Wam o tym, jak najlepiej wykorzystać światło zastane - czyli takie, przy którym pracujecie, a więc pochodzące od słońca, zmienione przez cień, odbite od budynków i przedmiotów, czasem światło sztuczne czyli pochodzące od lampy.






1. Przyjmuje się, że najlepiej robić zdjęcia "ze słońcem" czyli tak, by słońce znajdowało się za plecami fotografa i przed twarzą modela. Wtedy twarz i sylwetka są równomiernie oświetlone i nie pojawia się niebezpieczeństwo prześwietlenia żadnego fragmentu kadru.

2. Wbrew obiegowej opinii, że piękne zdjęcia wychodzą tylko przy pięknej pogodzie, zdjęcia w plenerze najlepiej wykonywać przy rozproszonym świetle, czyli kiedy niebo jest zasłonięte chmurami. Rozproszone światło oznacza piękne, miękkie cienie, które wspaniale modelują twarz i załamania tkanin naszych ubrań. W ten sposób najłatwiej jest prawidłowo naświetlić klatkę i nie trzeba się martwić ostrymi cieniami, którymi uraczy nas pełne słońce. 



3. Im niżej nad horyzontem jest słońce, tym przyjemniejszy efekt. Czekajmy więc na godziny przed zachodem słońca lub wyjdźmy robić zdjęcia wczesnym rankiem - to tak zwana "złota godzina". Łagodne światło padające z boku daje miłe dla oka cienie. Przy tym chłodne światło poranka i ciepłe późnego popołudnia nie mają sobie równych pod względem koloru, który nadają naszej skórze i otoczeniu.

4. Odradzam robienie zdjęć w słoneczny dzień, zwłaszcza w godzinach południowych. Między 11. a 14. światło jest ostre i niezbyt twarzowe. To najtrudniejszy moment, ponieważ światło pada prosto z góry i tworzy nieładne, ostre kontrasty. Czubek głowy i nos są wypalone światłem, a pod nosem, poniżej oczu i pod brodą kładą się czarne cienie.

5. Jeżeli nie mamy okazji zrobić zdjęć o świcie lub o zmierzchu, a świeci silne słońce, to warto schować się w cieniu. Wtedy na twarzy i sylwetce kładło się będzie miłe, miękkie światło.

6. Przy zdjęciach w świetle naturalnych odradzam używanie lampy błyskowej.  Jej światło daje nieładny połysk na skórze i kładzie dziwne cienie i tworzy dodatkowe, sztuczne źródło światła o innej temperaturze barwowej niż światło naturalne - taka mieszanka kolorów światła zwykle wygląda nienaturalnie, a w najgorszym wypadku - nawet trupio. Co, przy odpowiednich założeniach, można oczywiście wykorzystać jako pożądany efekt.



Jak zawsze przypominam, że najważniejsze jest to, by mieć pomysł na zdjęcia. Dlatego wszystkie powyższe rady, choć są absolutnymi podstawami prawidłowej fotografii, można również odwrócić, by uzyskać efekt, jaki nam się marzy. Eksperymentatorów i zaawansowanych mogą zainspirować pomysły z dalszej części dzisiejszej listy.






7. Zdjęcia pod słońce pozwalają na wydobycie bardzo ciekawych efektów, takich jak flary, kontrolowane prześwietlenia, i kontry czyli podświetlenie konturów sylwetki. Wymaga to jednak pewnego obycia ze sprzętem, umiejętności kontrolowania ustawień czasu i przysłony tak, by zachować właściwy poziom naświetlenia osoby fotografowanej. Robienie zdjęć pod słońce może się bowiem skończyć prześwietlonym tłem i niedoświetlonym pierwszym planem jednocześnie.

8. Spróbujcie też zdjęć w mocnym słońcu z wykorzystaniem cieni, które rzucają liście drzew, elementy architektoniczne takie jak siatki i kraty itd. Wzorki, które się w ten sposób tworzą, mogą być bardzo ciekawym urozmaiceniem w fotografii.



9. W słoneczny dzień spróbujcie wykorzystać powierzchnie, które w naturalny sposób odbijają światło czyli jasne ściany, białą kartkę papieru, a nawet własną dłoń. Odpowiednie ustawienie modela względem takiej jasnej powierzchni pomoże usunąć przesadnie ciemne cienie.

10. Noc również może być ciekawą porą na zdjęcia. Warto wtedy mieć na podorędziu statyw lub wykorzystać w jego miejsce jakiś element przestrzeni - na przykład ławkę, schody albo pieniek - ponieważ czas naświetlania będzie długi. Można też spróbować zdjęć w świetle latarni i innym sztucznym oświetleniu.



W następnej części wrócimy na chwilę do kwestii technicznych i opowiem Wam o różnych ogniskowych czyli długościach obiektywów, a także o tym, która do czego służy i jak je najlepiej wykorzystać.

Czy macie jakieś ulubione sposoby na dobre zdjęcia? Czy udało Wam się kiedyś zrobić świetną fotografię w trudnych warunkach albo osiągnąć ciekawy efekt, jakiego się nie spodziewaliście? Dajcie znać w komentarzach, podzielcie się też linkami do swoich najbardziej udanych sesji!

Walk your dog


We've been having wonderful weather for the last few days. It really makes me want to go out and take pictures.

Yesterday we went out for a walk with our dog and B. took some photos of me. I actually usually walk the dog in the afternoon by myself and that's when I take photos for this blog, too. It's a nice time for both of us, Lala and I, to have to ourselves. But I don't think she likes being photographed, she always turns her head away from the camera.



This is a simple outfit but a little different from what I usually wear in that it's composed of separated pieces and not a single dress. I'm usually having a bit of trouble finding the perfect skirt so I actually only have three that I sometimes wear. I need a nice midi black skirt, I think. I'll probably sew one as soon as I get my hands on the right kind of fabric.

 Btw., love the light in these photos. That's what golden hour can give you.















Skirt: Vila 
Shirt: Orsay (old) 
Shoes: Tamaris via CCC 
Belt: old Necklace: Rossman

On being body positive.


Lovely Elizabeth of Delightfully Tacky, a blogger that has a huge part in changing my outlook on fashion and style and clothes in general, made a very thought provoking entry on her blog lately about body image in the media changing over the years and how it affects what we think about ourselves. By the way, I love how that girl can share her personal thoughts on very important social issues, always having great style and being mindful of other opinions. I really admire her in her whole amazing womanhood and I'll feature her in my Lovely Blogs cycle really soon so enough with bells and whistles for now, you know I love her and that's it. More love later.



This is a body-positive blog. I am a body-positive person. That doesn't mean I'm all lovey-dovey with my body. I have insecurities. I want to be better looking. I want my hair to be big and curly like they were in the past. I want my prognathism gone. I want my back to be straight.

The media and society perpetuating what media say, taught me that I should be slim, slender, smooth and sexy. All of those terms contain very strict images of that is considered by them. Slim is when you have no folds of skin on your belly when you sit. Sexy is when you wear short skirts and high heels. These words are, in fact, self-contained definitions. And those definitions are based strictly on visual imagery of overly-photoshopped models wearing clothes designed to make you feel a certain way. Those images are so common and so strong, they've become a sort of a reality that we tend to compare ouselves to. And yet, they do not represent any sort of reality. They are indeed a world of ideas and imaginations. But we do believe those ideas and apply them to our own bodies. And judge.

Being body-positive means, among other things, I try my best not to judge others and their choices. It also means trying not to judge myself. I'm deprogramming myself from judging and after going through my Project on Body, I think I'm succeeding for the most part. I started the project because I knew human bodies were different from what I saw in the media and I wanted to show that to the world of people who didn't have the same certainty about it that I had.


My project let me change my outlook on my body, too, and more than I would have thought. Here are some things I have learned.

I won't love my belly when it becomes bloated because it hurts. I won't love my hair on a bad day because it looks like I haven't washed it in a few days. I won't love my jaw for protruding, sadly, ever. Despite what many self-help articles (that I read as a research) told me, I've come to the conclusion that I don't have to love that. It's ok not to like something in yourself as long as you like yourself as a whole human being --bones and mucle and fat and skin and accomplishments and relationships and your story alike. And I do like it. In fact, I'm pretty much amazed at how great a human being I have become over the years. I have goddamn fantastic pair of legs, a cute face, I can sew a dress for myself and I had a hundred people come to my place, talk to me about their bodies and then show me those bodies, naked, to take photos of. And I made it all happen by myself. Is that cool or what?

The people that came to me, trusted me. They didn't judge my butt and teeth and skin and I didn't judge theirs. If we did, the photos wouldn't be as honest as they are. I saw them naked and all my mind was doing, was looking for a good photo of a fine person. It is possible and quite liberating really, that not judging bit.

You can't fix feeling bad about yourself if you don't stop justifying the evaluating of your worth based on what society told you is acceptable or not. There is nothing and I mean NOTHING wrong with wanting to be beautiful and striving for it, despite what we are taught: that it's vain and only silly girls do it. There is nothing wrong with wanting to take care of your body and your appearance, be it with cosmetics, physical activity or great clothes. It is good if you do it. But it is best if you do it because you feel like it and because you make your own standards of what is beautiful.

It's your body and you make your own choices about it. And those choices are ok as long as you don't hurt others with them. If you don't like shaving your private parts, don't. If you love your body thin, get it. If you like your body big, let it stay that way. You make your own decisions and have your personal motives for making them. Remember that and try not to judge others, as they have the same freedom to make a choice for themselves.

Do you have your own story to tell? A different angle to see things? Feel welcome to share.