Photography 101: Jak robić dobre zdjęcia, część pierwsza


Kiedy dziesięć lat temu zapisywałam się do szkoły fotograficznej, nie wiedziałam zbyt wiele o robieniu zdjęć. Owszem, aparat zawsze był w domu i w częstym użyciu, bo moi rodzice całe życie byli zawziętymi amatorami fotografii. Ja jednak stawałam zwykle obok nich albo przed aparatem. Wtedy więc moja podróż w świat fotografii wydawała się wyprawą w nieznane.

Dziesięć lat później mam za sobą setki sesji fotograficznych, dziesiątki godzin spędzanych na udzielaniu rad uczestnikom moich kursów, prowadzę własny projekt fotograficzny, Projekt: ciało i  sama robię zdjęcia na swojego bloga. Wiele zawdzięczam upartej pracy, ćwiczeniom, podejmowaniu prób i robieniu błędów - jednym słowem - doświadczeniu, którego niestety nie da się go przekazać słowami i każdy musi wyrobić je sobie sam. Zaczynam ten cykl po to, by zainspirować Was do własnych poszukiwań i by podrzucić Wam kilka trików dla mniej i bardziej zaawansowanych, dzięki którym możecie, samodzielnie je wypróbowując, zdobyć własne doświadczenie w fotografii. 

Serię podzielę na kilka najważniejszych rozdziałów. Zaczniemy od zupełnych podstaw. W dzisiejszym odcinku...





1. Aparat, który już masz, wystarczy. To nieprawda, że tylko lustrzanką można zrobić dobre zdjęcia, a im droższy obiektyw, tym lepszy efekt. Bardzo przyjemnie robiło mi się zdjęcia aparatem z mojej kolekcji, który widzicie powyżej - pochodzącą z połowy XX wieku, bardzo prostą, metalową puszką na średnioobrazkowy film. Aby jednak najprostszym nawet aparatem zrobić dobre zdjęcie, trzeba poznać jego możliwości. Kiedy zdobędziemy potrzebną wiedzę - zrobienie świetnych zdjęć nie będzie problemem. Zdradzę Wam największy sekret dobrej fotografii: to nie aparat robi dobre zdjęcia, tylko fotograf. 

2. Opanowanie odpowiednich ustawień aparatu jest potrzebne po to, by w jak najlepszy sposób zrealizować pomysł, jaki mamy na sesję. Innych środków używa się do zrobienia portretu, który obejmuje samą twarz, a innych do portretu w szerszym planie. 


3. Dlatego warto nauczyć się obsługiwać sprzęt, który się posiada. Na początek na pewno sensownie będzie przeczytać instrukcję obsługi aparatu i szukać informacji w poradnikach i w Internecie, jeśli coś pozostaje dla nas niejasne. Menu aparatów jest często tak skonstruowane, że trudno znaleźć niektóre opcje, dlatego ja też niejeden raz zaglądam na różne fora, by dowiedzieć się, gdzie ukryła się jakaś funkcja, której potrzebuję.

4. W dalszej kolejności warto zebrać się na odwagę i sprawdzić czy aparat ma możliwość ręcznych ustawień. Rezygnacja z w pełni zautomatyzowanej obsługi pozwala wypłynąć na morze kreatywności. Na początku spróbujcie przestawić aparat w tryb preselekcji przysłony (możliwość ustawienia otworu przysłony, do którego aparat sam dobierze czas; zwykle to ustawienie oznaczane jest na pokrętle trybów aparatu jako "A" lub "Av"). Przysłona mówi nam o głębi ostrości czyli o tym, jak bardzo rozmyte będzie tło. Im niższa jej wartość (czyli np. f/1.8, f/2.8, f/3.5, f/4.0 itd.), tym bardziej to, co w tle, zostanie rozmyte. 



6. Jeśli chcecie dobrze zrozumieć, jak działa przysłona, przećwiczcie to na zwykłym przedmiocie. Ustawcie go w pewnej odległości od tła i róbcie zdjęcia, przy każdym kolejnym zmieniając wartość przysłony na wyższą. Dla zilustrowania: powyżej dwa zdjęcia zrobione na skrajnych ustawieniach przysłony z odpowiednio dobranym czasem naświetlania. Taki efekt osiągniecie ustawiając aparat w trybie "A" (preselekcja przysłony) i zmieniając wartość przysłony od najniższej do najwyższej. Tak samo zadziała to, kiedy zamiast kwiatka, weźmiecie jako przedmiot swojej fotografii czyjąś twarz. Do dzieła!

7. Najważniejsze: nie zrażajcie się błędami. Warto powalczyć, pozmieniać różne ustawienia i kiedy w końcu znajdziemy odpowiednie - poczuć satysfakcję z prawdziwie udanego zdjęcia.

Podpowiedzi, jak osiągnąć najlepszy efekt, będę opisywała w kolejnych częściach fotograficznego cyklu, więc śledźcie go pilnie, jeśli chcecie wyciągnąć ze swoich sesji jak najwięcej! Kolejna część już za tydzień. Gdybyście chciały o coś zapytać - śmiało piszcie w komentarzach.

Indian Summer

We came back from our quasi-holiday in a more green part of the city. We stayed at my mom's to look after her cat while she was away. It has been a lovely time spent on sewing, relaxing, not much work and lots of walks in the wild and abandoned places. Here, though, in the middle of the city, it isn't easy to find a nicely secluded spot to take photos. I'm not really that brave to take my own photos in a busy street or even worse, a crowded park, making weird poses in front of the camera and running back and forth to it set on self-timer. I guess it's easier for me to risk overexposed photos taken indoors. I actually like the way they turned out. They remind me of indian summer, even though it's still too early for that.

Wróciliśmy z niby-wakacji w bardziej zielonej części miasta. Ostatni miesiąc spędziliśmy w domu mojej mamy, opiekując się jej kotem podczas jej nieobecności. To był bardzo przyjemny czas. Szycie, odpoczynek, niewiele pracy i mnóstwo spacerów po zdziczałych i opuszczonych okolicach. Tutaj, w środku miasta, niełatwo mi znaleźć miejsce do robienia zdjęć. Sama robię sobie zdjęcia i nie lubię pozować, kiedy wokół kręcą się ludzie. Wolę zaryzykować nieco prześwietlone zdjęcia w domu. Nawet podoba mi się, jak wyszły. Przywodzą mi na myśl babie lato, choć jeszcze na nie za wcześnie.


Dress: second hand/Miss Etam 
Denim jacket: second hand/Sisley 
Shoes: Everybody via Zalando
Belt: second hand 
Bag: L'Artigiano

Inspiration Thursday: Braccialini

Braccialini
I'm quite excited to tell you about today's inspiration. Braccialini has been on my love list for a few years now. It was one of the first brands to make me curious about fashion. I used to confuse fashion with trends, mostly, thinking it was those hundreds of girls dressed the same way that I passed in the street. What they wore was pretty but they were too similar to each other for my taste. And this lack of originality was what drew me away from thinking about dressing as a way of expression. But when I encountered Braccialini, my outlook started to change. It was like nothing I have seen before. Whimsical, cheerful, funny and playful. The brand was actually founded in the 1950s, an era which could be nicely described using these adjectives.

The beginnings of the company seem like a great story, too. It was one of those moments that trigger a genius to spring out from the box. As the anecdote goes, Mrs Braccialini's bag got stolen and that made her think of a bag that would be like your own house, a place you keep all your important stuff. And so, she created the house-bag. She and her husband established a small business that crafted hand-made bags and small leather trinkets. They made whatever they thought was inspiring. The rest is history.

Ok, so aside from tomato-bag and zeppelin-bag and Marylin Monroe-bag they make less engaging styles but I'm really interested in those quirky and funny designs that I've chosen to show you here. The prices of those things go through the roof, though, so it's just window shopping for me, at least until one day I'm rich and famous.

Braccialini
Nie mogłam się doczekać, by w czwartkowej serii inspiracji opowiedzieć o Braccialini. Mam te torby na liście Najbardziej Ulubionych Rzeczy na Świecie od kilku lat. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Trafiłam na nie na początku swojego zainteresowania ubieraniem się i były jedną z tych zupełnie magicznych rzeczy, które przekonały mnie, że styl i moda to nie tylko banalne trendy. Od czasu, kiedy trafiłam na takie firmy jak ta, Irregular Choice albo Antix, moje nastawienie zaczęło się zmieniać i zrozumiałam, że mogę znaleźć dla siebie miejsce wśród dobrze ubranych, jednocześnie ubierając się po swojemu - w rzeczy, które są przedłużeniem mnie. Torby Braccialini doskonale do tego pasują - są czarujące, zaskakujące i zabawne, bardzo w duchu lat 50-tych, co zresztą nie dziwi, bo właśnie w tej dekadzie firma zaczęła działać.

Początki firmy są jak otwarcie filmu sprzed lat: pani Braccialini zostaje okradziona ze swojej torebki i to przynosi jej na myśl, że torebka jest jak dom: ma się w niej wszystko, co najbardziej potrzebne. Ta myśl sprawia, że w jej głowie powstaje projekt torebki w kształcie kamienicy. Wraca więc do domu i razem z mężem projektuje właśnie taką torebkę. Przez lata małżeństwo opracowywało kolejne wzory i we współpracy z niewielkim zespołem powstawały ręcznie robione torby o najbardziej niezwykłych kształtach. Reszta to już historia.

Trzeba przyznać, że poza torbą-pomidorem i torbą-akordeonem Braccialini tworzy bardziej zwyczajne, codzienne modele, które możecie obejrzeć na ich stronie. Ja jednak  jestem najbardziej zachwycona właśnie takimi dziwactwami. Któregoś dnia, kiedy będę już sławna i obrzydliwie bogata, kupię sobie jedno z nich. Póki co ceny z innej galaktyki pozwalają mi jedynie podziwiać wystawy i zdjęcia.

Follow my blog with Bloglovin

Le Grand Pique-Nique

I've just found photos from last year when my friends and I met in a beautiful park and had a lovely picnic. The dress I wore was the first one I have ever sewn. I wrote about it a year ago. It's a bit pin-upish and it's not that easy to wear every day without feeling a little overdressed. But the occasion called for a special treatment so there I was, in open-toed heels (awfully painful ones that I donated soon after), my twee dress and wearing a huge petitcoat underneath. My lovely friends were dressed appropriately, too! We also made some great food, cakes, fajitas, had a little bit of red wine. Such a lovely day spent with wonderful people.

EDIT: oooh! I've just been pleasantly surprised by E-Vintage.pl, a Polish site for vintage lovers, whose admins chose my look as a photo of the day! That's just so nice!




Znalazłam dziś zdjęcia z pikniku, który urządziliśmy z przyjaciółmi rok temu. Jako że okazja była wyjątkowa, założyłam na nią pierwszą sukienką, jaką uszyłam - pisałam o niej wcześniej tutaj. Jest trochę pin-upowa i nie daje się łatwo nosić na co dzień, ale na Wielki Piknik nadawała się idealnie, zwłaszcza z obszerną halką pod spodem i czółenkami peep-toe (które były tak niewygodne, że prędko je oddałam). Całe towarzystwo postarało się o wpasowanie w odpowiednią stylistykę i w takim anturażu spędziliśmy bardzo miły dzień na jedzeniu domowych ciast, popijaniu czerwonego wina i pogaduchach.

DOPISEK: ooo! Właśnie zostałam przyjemnie zaskoczona przez E-Vintage.pl, polską stronę dla wielbicieli mody vintage, gdzie moja kreacja piknikowa stała się zdjęciem dnia! Tak bardzo mi miło!


Dress: made it myself
Pattern: Vintage-style Dress via Sew 
Pettitcoat: no-name
Cardigan: no-name
Belt: Troll, came with a skirt

Lovely blogs: The Hidden Seed

A few years ago, when I was going through some major changes in my life, I have come across a beautiful woman on the Internet. Little did I know back then how much she would influence me and how much I would owe her presently. I had no idea about fashion or style back then but was in the right place to be inspired and quickly brought to a bloom. I have found her blog by total chance and sunk in. The amazing woman was Elsa Mora, a wonderful artist and also the author of a blog that had a huge impact on me style-wise, The Hidden Seed.

What I saw in her first and foremost was authenticity --a value that I hold dear to me at all times. She had her own style: she was feminine and beautiful and colourful and brave in her clothing choices. At the same time she was approachable and friendly and looked like she was genuinely enjoying whatever she wore. I felt like I could relate to her and her experience.

Too bad she doesn't update her blog anymore. Still, I think perhaps her blog let her find her own way and after serving that role, she no longer needed to record what she was going through. I think that's a lovely reason to end writing.

Kilka lat temu, podczas przeróżnych transformacji w moim życiu, trafiłam w sieci na piękną kobietę. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo na mnie wpłynie i jak głęboko zmieni moje podejście do ubierania. Bardzo wiele jej zawdzięczam. Nie miałam wtedy pojęcia o modzie i stylu, ale to był dobry moment na inspiracje i naukę. Jej miejsce w sieci znalazłam zupełnym przypadkiem i czerpałam z niego jak z najlepszej studni. Tą wspaniałą kobietą jest Elsa Mora, niezwykła artystka i autorka bloga, który otworzył mi oczy na moc, jaką mają ubrania: The Hidden Seed.

Przede wszystkim zobaczyłam w niej autentyczność, którą cenię sobie ponad wszystko w blogowaniu i w życiu. Miała swój styl - była kobieca, piękna, kolorowa i odważna w swoich wyborach. Jednocześnie odbierałam ją jako przyjazną i otwartą, a poza tym z jej zdjęć biła ogromna radość i zadowolenie z tego, co nosi. Czułam, że mogę się odnaleźć w jej doświadczeniach.

Trochę żałuję, że już nie prowadzi bloga. Myślę jednak, że może służył jej do notowania przeżyć z drogi i pozwolił dotrzeć do jakiegoś osobistego celu. Nie wyobrażam sobie piękniejszego zakończenia.

Fashion at a standstill

Lato ma się ku końcowi, a razem z nim kończą się moje poszukiwania sukienki idealnej. Z jakiegoś powodu zawsze ciągnie mnie do tego sukienkowego zbieractwa właśnie w lecie, a potem kolekcję letnią wykorzystuję w jesiennych stylizacjach. Kupuję głównie w ciepłym czasie roku, a potem przechodzę w uśpienie.



Myślałam ostatnio sporo o tym, jak podchodzę do ubierania się. Około roku temu pisałam podobny post i teraz przyszedł czas na małą rewizję i trochę uściśleń.

Przyznaję bez bicia, że pełna szafa sprawia mi przyjemność, a nawet daje poczucie bezpieczeństwa. Szczególnie cenię sobie dużą ilość sukienek na wieszakach, co pewnie widać, a moje uwielbienie dla nich przypomina czasem czysto kolekcjonerski zapał.

A jednak nie mam ich tylko po to, żeby wiedzieć, że są w szafie. Noszę je raz za razem. Sukienkę z dzisiejszych zdjęć nosiłam niemal cały tydzień po jej kupieniu, tak bardzo się z niej cieszyłam. Chcę, żeby było to wyraźnie widać na blogu.

Radochę przynosi mi remiksowanie ciuchów czyli układanie ich w nowe zestawy. To dla mnie przyjemna łamigłówka: które ubrania będą do siebie pasowały? Czy te kolory się nie gryzą? Planuję w niedalekiej przyszłości pokazać trochę takich zremiksowanych zestawów, szczególnie zmieniających sukienki letnie w jesienne.

Mam w szafie kilka klasyków, które uwielbiam i noszę do zdarcia. Na przykład ten rozpinany sweter z krótkimi rękawami, który mam zawsze pod ręką i zabieram we wszystkie podróże. Lubię też wydać więcej grosza na porządne buty, które będą pasowały do wielu ubrań, tak jak para z tegotego i tego posta.  

Kupuję to, co mi się podoba. Nie oglądam się za rzeczami, które może będą pasowały albo może je polubię. To świadome ograniczenie, które sobie narzucam. Nazywam je swoim stylem. Dzięki temu wiem, jakie są kroje, kolory i wzory, w których dobrze się czuję i wiem, że pozwalają mi wyrazić siebie w tej prostej, codziennej czynności, jaką jest ubieranie się.

Ubrania, które kupuję, pochodzą w głównej mierze z second handów i jest to mój świadomy wybór. Nie chodzi o oszczędność, a raczej o podarowanie czyjemuś niechcianemu ciuchowi drugiego życia. To taki mój krok przeciwko tendencji fast fashion, którą zbyt często obserwuję wokół. Tę zasadę wdrażam w życiu również na innych obszarach i na przykład mam kilka mebli, które znalazłam na osiedlowym śmietniku i które dały się świetnie odświeżyć, a teraz służą w moim domu. Niechciane przez innych ludzi zwierzęta mieszkają ze mną od dziesięciu lat. Od jakiegoś czasu mieszkamy z dwoma porzuconymi kotami i schroniskową sunią, a poza tym opiekujemy się zwierzętami jako dom tymczasowy. Uważam, że jeśli stać nas na to nie tylko finansowo, ale i emocjonalnie, to taka pomoc jest naszą powinnością.

Gdzieś w tym wszystkim pobrzmiewa duch slow fashion. W najbliższym czasie przewiduję totalny ubraniowy przestój, żadnych nowości, sama zabawa tym, co już jest.


Summer's almost gone and my time seeking out new dresses passes with it. I'm always drawn to gathering new things to wear during the warm days of summer. Somehow I feel like I'm on a quest for a perfect dress. Something ultimately girly, obviously romantic and discretly cheeky at the same time. It's quite hard to put into words, really.

I have been thinking about the way I approach dressing myself lately. A year ago I wrote about it but I think some things need to be amplified. 

I admit to the fact that I find pleasure and even a sense of security in having a lot of clothes in my wardrobe. I especially value dresses (can you tell?) and my love for them sometimes seems like a collector's passion. 

That said, I don't own them just for the sake of having them in my closet. I actually wear them again and again. After I bought the dress you can see in the photos, I had it on almost the whole week, I just couldn't get enough of it. 

I also have a lot of fun remixing my clothes. It's like a nice puzzle: which clothes will go well together? Can I put this and that in the same outfit? I hope to show more of this in upcoming posts -- like styling summer dresses for Autumn.

I have a few staples that I wear to death: for example a long short-sleeved cardigan featured in this post that I bought a few years back and really can't live without. I also usually invest in shoes that go well with different outfits. Like these here, here and here (and countless times outside this blog).

What I buy is what I like. I don't go for the things that might fit or might grow on me. It's another conscious choice and it comes from my deliberate restraint that I call a style. I hope to write a blog about what I define as style soon but in short, it's a limited set of silhouettes, colours, patterns and other clothing choices that you make to feel that what you wear is indeed a representation of yourself.

The clothes I buy are usually second hand and that is a conscious decision on my part. It's not a matter of money, really. It's about giving a life to thigs that someone once bought and then decided they didn't need. It's my own statement against fast fashion approach. I actually go further than that: I have had some nice furniture that I grabbed from trash by my block of flats. My house has also been a home for over ten stray and unwanted animals in the last ten years. We currently live with two cats that were thrown out and a dog from a shelter. I believe in offering such help if you can afford it both financially and emotionally.

I think I can smell of slow fashion here. And I believe I'll be coming at a fashion standstill soon. No new things to add to my wardrobe, just playing with what I have.



Dress: second hand (Esprit) 
Flats: Tamaris via Ambra
Petitcoat: Atmosphere, gift from Sylwia
Photos by Sylwia of The Great Beauty

Simplify, simplify, simplify

Our life is frittered away by detail. Simplify, simplify, simplify! I say, let your affairs be as two or three, and not a hundred or a thousand; instead of a million count half a dozen, and keep your accounts on your thumb-nail.
 Henry David Thoreau

I'd come across this quote many years ago and it has stuck with me ever since. There are times when I come back to those simple words and once again seek out their wisdom. I believe it applies to various planes of life, be it work, relationships, reading books or deciding upon clothes, or anything else.


Through the years, I've found that I feel very uneasy about having more than two --and ideally just one --ongoing projects at work. And since I know what's good both for me and my clients, I rarely take on a third project at any given time. I know that it's better for me to feel accomplished after a project is done and I feel I've given it my best than to earn more money on lots of simultaneous jobs that I'm working on only half-heartedly. Simple.


In relationships, I like to make things simple and clear firstly by staying honest to my close ones and secondly by being warm and caring and patient. I believe it makes managing everything a lot easier than hiding my emotions and getting angry. I do admit it is hard sometimes to get things off my chest but I also know my friends and family to be open minded and as patient about me, as I am about them so that makes it possible to work out any problems that might occur.


When I was younger, I used to read many books at a time. I remember trying to get involved in a few stories at a time and getting lost in images and feelings. Now I cut it down to one. I give it my best, submerge myself in a story and enjoy it thoroughly. Btw., I'm currently reading "Stiller" by Max Frisch and I really like how it is a lot of smaller fairy tale-like stories within a bigger, deeply psychological story.


As for clothing, the first and foremost thing that I appreciate about simplifying is that it has helped me find a style that I feel is my own. My style per se might not be considered simple --I don't suspect flared skirts and patterned dresses feel like simplified style to anyone. There are wonderful bloggers who have made their minimalistic style pure perfection (like, for example, Ela from Dressed, Not Dressed Up) so if you want to know what simplicity in style is, go see their blogs. In my case, though, a decision to stick to a certain style has made it simple for me to know what I want to wear and what I feel best in. I don't need to experiment anymore. I don't have to look for trends to show me the way. I know what I like.

That's why I know that this checkered shirt will go well with a black dress when I tie it at my waist. It's such a basic style and still so telling. I feel a bit like when I was a teen, listened to heavy metal, wore heavy shoes and everything was black except those those wonderfully friendly and comfy checkered flannel shirts. So this is my teenage self brought up a little to suit my more feminine needs of today.


I'm curious about your way of doing things. Do you tend to simplify the life around you or do you prefer to find your own paths in a complicated world?

Dress: Camaieu 
Shirt: thrifted 
Flats: Tamaris via Ambra

Inspiration Thursday: Jeffrey Campbell

I think one of the craziest shoemakers is Jeffrey Campbell. That said, it's mostly his monster shoes that are well known in Poland. Those heavy and disproportionate litas that make your feet look like hooves or those heavy-soled truck wheel-like shoes... they're weird and ugly and people seem to like them. Well, I for one prefer the whimsical, quirky and retro-inspired stuff but you probably know that already. And guess what! JC has just what I need. I actually don't really NEED them but I do want them so badly. The ones with whales especially. You know me with my storytelling and all... whales on your flats are just just what I call a good story in clothing.

Jednym z bardziej szalonych projektantów obuwia jest, jak sądzę, Jeffrey Campbell. W Polsce znany głównie z buciorów-potworów w rodzaju lit, które zmieniają stopy w kopytka i tych, których podeszwy przypominają bieżnik opony tira. Są dziwne i brzydkie, ale ludziom się podobają. Albo, w każdym razie, ludzie je noszą. Ja z kolei wolę styl lżejszy, żartobliwy i wymyślny, a poza tym inspirowany modą retro. No i co? JC ma coś i dla mnie. Wszystkie powyższe buty mogłabym z miejsca przygarnąć i znaleźć im wygodne miejsce w swojej szafie (miałabym motywację, by oddać kilka mniej udanych par). Gdybym jednak musiała wybierać, postawiłabym na te z wielorybami (czy to orki?). Wieloryby na butach. To nazywam dobrą opowieścią.

Dress #2 aka Herbal Dress


I promised to show you this dress styled for everyday wear and here it is. It wasn't a real challenge, really. I think this dress goes well with my denim jacket. That said, I think everything goes well with my denim jacket. I'm really wearing it to death, it is one of the best buys of this year. I only wish it was a tad shorter. I guess my torso is kinda short and calls for especially short jackets so that they don't hit my hips at the fullest part, making me look boxy. But this one is still shorter than most that I've tried on.

Oh, and the shoes. I've wanted shoes like these for years. They're a dream. To look at. Not to walk in. Heels have never been my friends. But I'll learn.





Dress: made it myself
Jacket: Camaieu
Belt: thrifted
Shoes: Hush Puppies via Zalando