What I Made Wednesday!

If there is one thing I can label myself with, it is that I am creative. I love all sorts of arts and handicrafts. I can knit and crochet and sew by hand, work with felt, wood and rubber, I draw, I photograph, I design... you name it! I'd love to try more and more creative outlets. This weekend, hopefully, I'll get attended to one machine sewing workshop so I can finally learn how to sew my own clothes -- a thing I've been dreaming about for ages! 

Well, as I seem to lose track of how much I am creating and with what medium, I though this blog might be a nice venue for me to share and sort of archive my different works. So here goes: The What I Made Wednesdays! 

These ladies here are hand crocheted using the amigurumi method (that means you work in spirals as opposed to rows, as usual in crocheted pieces). They are scary witches! Well, not that scary, it seems. Kinda friendly, really. One of them is an apprentice and the other, the one wearing a hat, is her mentor. They sit on one of the many bookshelves that I have in my room, constantly reading new books and learning stuff. After all, you know, according to some scholars, the word "witch" means "the one who knows".

Techniques used: crocheting with a linen twine, sewing (hat, hair made of felt, eyes)

Jeśli jest jedna metka, którą mogłabym sobie przypiąć, to bez żenady przyznaję się, że będzie to ta z napisem "kreatywna". Uwielbiam wszelkie media artystyczne i rękodzielnicze. Umiem robić na drutach, na szydełku, szyć ręcznie, pracować z drewnem, filcem i gumą, rysuję, projektuję, fotografuję... co tylko chcecie! Wciąż mi tego mało i w związku z tym co jakiś czas wpadam w obsesyjne zauroczenia to jednym, to drugim nowym medium i wysysam z niego wszelkie możliwości, aż mi się nie znudzi i nie znajdę sobie nowego obiektu zainteresowań. Niedawno szalałam z robieniem stempli z gumy, a teraz wybieram się na warsztat szycia - i nie mogę się tego doczekać, bo od lat moim marzeniem było nauczyć się szyć własne ubrania. 

Kombinuję z tyloma mediami, że przestaję nadążać i trochę się w tym gubię. Pomyślałam więc, że fajnie będzie na tym blogu jednocześnie dzielić się i archiwizować swoje różne dziełka. Powstają więc w tym celu Środy z tym, co zrobiłam. 

Panie ze zdjęć zrobiłam na szydełku metodą amigurumi (co oznacza, że szydełkuje się w spirali, a nie rzędami, jak zazwyczaj). Są strasznymi wiedźmami! No, może nie tak bardzo strasznymi. Po prawdzie są dość przyjazne. Jedna jest uczennicą, a druga, ta w kapeluszu, jej mistrzynią. Siedzą na jednej z wielu moich półek z książkami, ciągle coś czytają i studiują. W końcu, no wiecie, naukowcy twierdzą, że słowo "wiedźma" oznacza "tę, która wie".

Turning back for things that were good and lost


This post is going to be very personal, so please forgive me if I ramble away from the main topic which is my recent thoughts on letting some forgotten things back into my life. Also, please forgive me how lengthy this post is going to be. I doubt many of you will reach the end but I believe sometimes it's better to get things off your chest in their entirety. And after all, this blog is my personal space to communicate whatever I like. So.

As I grow older, I have noticed, I steer into the land of imagination less and less. Sure, I have to imagine things to design them and I have to plan (which means: imagine) my photographic sessions in advance to know what I want to do when the model arrives. But the non-creative imagination, if such a thing exists, or what one may call a fantasy, is becoming lost on me more and more. Gone are the times when I used to take long walks each day during which I would get lost in thought, imagining romantic scenarios, making up characters and interacting with them, turning into a heroine of this or that sort and changing my life completely for an hour or two, before I would come back to reality from an amazing journey somewhere far away or somewhere that doesn't even exist. I feel a deep nostalgia for those adventures that used to happen in my own head and I yearn to open the door that seem to have shut for me.



Recently I have found myself not wanting to even skim through the fashion/art catalog that I'd designed and had been working on for months. Holding that book in my hands, I felt no satisfaction whatsoever, as if it wasn't my doing, as if I haven't just spent hundreds of hours upon making it the best I could.

What is wrong?, I pondered. Here's a somewhat clarified version of what I have been thinking.

Back when I was younger, I would create -- draw, mostly -- out of a sheer need of my own heart. Now, I mostly use my mind. The mind is a powerful tool and it has helped me grow up as an artist, it has let me understand art, especially modern art, that intuitively I would have discarded as stupid,  ugly, meaningless, grotesque or as an utterly unnecessary representation of its creator's ego. I learned how to digest this sort of art, how to appreciate it, and in the end, how to fit to its standards with my own creations.

I have grown accustomed to a less personal approach to my work in order to be able to handle any criticism that I might come across. If you ever create something and it gets criticized, it takes an enormous amount of internal work not to be personally touched and hurt. When you work for other people and they tell you they don't like what you did for them -- which happens a lot to designers --well, that could hurt, unless you already have this strength in you to focus your attention away from your personal pride and back to your professional mind. 
And so, along my career path, I have chosen my mind over my heart. It is a lot easier to process everything that way, but it happens at the cost of loosening that special bond that I have with my creations. That bond gives me a profound feeling of great personal satisfaction when the project is done. Without it, I have recently felt, the satisfaction ends at being purely monetary. And that is not enough.

It slowly started to become clear to me. I need to re-learn how to fantasize.

Fantasizing means to me opening my mind to the necessary unnecessary: the possibility that my imagined scenarios end up only in my head. That the creatures I make up will never reach the end of my pencil. That the conversations I have with random people in my fantasy lands will never happen in real world. Still, those situations aren't meaningless. They inspire me to try new things and encourage me to create something just for the sake of creating it, even if I was the sole person whose eyes would see the outcome.

And when it comes to corporeal world and mundane objects that neither interact, nor come from imagination, this dress is a thing of fantasy to me. It looks so ethereal and its form is so simple it's almost a nightgown. It reminds me of those light, almost translucent empire-style dresses. It brings to mind Jane Austen's heroines. Wearing this little piece, I feel like I am indeed one of them, lost in time and ever curious of people and places around me. When I feel the gazes of passers-by upon my face, half-hidden in the shade of my hat, I feel both innocent and quaint, and it fills my heart with sudden joy and the will to transform it into something fresh and good and full of life. I wish more of my outfits would inspire me that way. I want to find a way to make them do so.

Dress: second-hand (Only)
Shoes: Nord
Hat: no name
Photos: Bartek (first two) and me

Ten post będzie bardzo osobisty, więc wybaczcie, jeśli odejdę od głównego toru. Wybaczcie też, że będzie bardzo długi. Zdaję sobie sprawę, że niewiele osób dotrwa do końca, ale sądzę, że czasem lepiej wyrzucić z siebie coś w całości. A ten blog (uświadamiam to sobie) to moje prywatne miejsce, więc mogę na nim komunikować co tylko chcę. No.

Myśli, które zaprzątają mi ostatnio głowę, oscylują wokół poszukiwania dobrych, ale zaginionych rzeczy z przeszłości.

Zauważyłam, że im jestem starsza, tym rzadziej kieruję się w stronę świata wyobraźni. Jasne, muszę sobie czasem coś wyobrazić, kiedy projektuję grafikę i kiedy planuję (czyli wyobrażam sobie a priori) sesje zdjęciowe. Ale wyobraźnia nie-kreatywna, jeśli coś takiego istnieje - a może raczej fantazja - coraz częściej mi umyka. Minęły czasy, kiedy wybierałam się codziennie na długie spacery, żeby w zaciszu osiedlowych uliczek snuć romantyczne opowieści, tworzyć postacie, z którymi mogłabym porozmawiać i stawać się bohaterką niezwykłych historii, które zmieniały moje życie kompletnie, choć niezauważalnie i tylko na chwilę. Bardzo tęsknię za tymi przygodami, które zdarzały się w mojej głowie. Chciałabym otworzyć raz jeszcze drzwi, które zamknęły się przede mną.

Niedawno trzymałam w rękach katalog sztuki/mody, który zaprojektowałam dla jednego z warszawskich muzeów, efekt wytężonej kilkumiesięcznej pracy, i okazało się, że nie mam nawet ochoty go przejrzeć. Trzymałam tę książkę w rękach i nie czułam żadnej satysfakcji. Zupełnie, jakby to nie było moje dzieło, jakbym nie spędziła setek godzin na tym, by dopieścić każdy szczegół.

Co jest nie tak? zastanawiałam się. Patrząc wstecz, wymyśliłam coś takiego.

Kiedy byłam młodsza, tworzyłam - głównie rysowałam - z czystej potrzeby serca. Teraz używam przede wszystkim głowy. Umysł jest potężnym narzędziem i pozwolił mi dorosnąć jako twórcy, pozwolił zrozumieć sztukę - szczególnie tę nowoczesną, którą intuicyjnie odrzuciłabym jako głupią, brzydką, bez znaczenia lub jako nikomu niepotrzebną reprezentacją ego jej twórcy. Naczyłam się, jak przeżuwać i trawić tę sztukę, jak ją doceniać, a w końcu: jak samej się do niej dopasować. 

Przy okazji przyzwyczaiłam się do mniej osobistego podejścia do swojej pracy, głównie po to, by spokojnie znieść wszelką krytykę, której, jako projektant, otrzymywałam niemało. Jeśli kiedykolwiek zdarzy ci się coś stworzyć i zostanie to skrytykowane, to potrzeba bardzo wiele wewnętrznej pracy, by nie czuć się boleśnie urażonym. Trzeba się nauczyć przenosić ciężar z twórczej dumy na profesjonalne podejście.

I tak, w trakcie swojej ścieżki zawodowej, wybrałam umysł zamiast serca. Znacznie łatwiej jest tak wszystko przetrawiać, ale, jak się okazuje, dzieje się to kosztem osłabienia ważnej więzi, jaką każdy twórca ma ze swoimi dziełami. Ta więź daje głębokie poczucie osobistego spełnienia, kiedy projekt artystyczny zostaje ukończony. Bez niej, jak ostatnio mocno poczułam, satysfakcja kończy się na odpowiednio donośnym brzęku monet. A to nie wystarczy.


Powoli zaczęło się dla mnie stawać jasnym, że potrzebuję nauczyć się od nowa, jak fantazjować. 

Fantazjowanie oznacza dla mnie otwarcie umysłu na potrzebną niekonieczność: na możliwość, że moje wyobrażone scenariusze zostaną tylko w mojej głowie. Że stwory, które wymyślam nigdy nie znajdą się na czubku ołówka. Że rozmowy, którymi zajmuję się z wyobrażonymi postaciami w fantastycznych krainach nie przerodzą się nigdy w rzeczywistość. Te wewnętrzne zdarzenia nie są jednak nic nieznaczące. Inspirują mnie, bym spróbowała nowych rzeczy i zachęcają, bym stworzyła coś dla samego tworzenia, choćbym miała być jedyną osobą, która zobaczy efekt.

Jeśli wrócimy do rzeczywistego świata, do przedmiotów codziennych i zwyczajnych, które nie pochodzą z wyobraźni ani nie mają własnej osobowości, to okazuje się, że i tu da się znaleźć coś inspirującego. Ta sukienka jest dla mnie takim nieco fantastycznym przedmiotem. Jest tak prosta, a przy tym tak zwiewna, że przypomina koszulę nocną. Kojarzy mi się z tymi lekkimi, niemal przezroczystymi sukienkami w stylu empire. Przywodzi na myśl bohaterki z powieści Jane Austen. Kiedy ją noszę, czuję się jak jedna z nich, zagubiona w czasie i niezmiernie ciekawa miejsc i ludzi wokół mnie. Kiedy czuję spojrzenia przechodniów na mojej twarzy, na w pół schowanej w cieniu kapelusza, czuję się jednocześnie osobliwa i niewinna, a to wypełnia mnie radością i chęcia, by te wrażenia przełożyć na coś nowego, świeżego i pełnego życia, jak moje fantastyczne stwory i krajobrazy. Chciałabym, by więcej ubrań było dla mnie taką inspiracją i przejściem do innego świata. Chcę znaleźć sposób, by to urzeczywistnić.

Taking a break

Do you know that feeling when you eat too much of your favorite cake? Or when you stay in bed the whole beautiful summer day and then feel bad because you know you could've done so many fun things? Well, I have this feeling of overindulgence when it comes to shopping now. While digging through second-hand shops in search of the next best dress may be my current favorite pastime, even I feel nauseous after a longer time. I can easily get driven by greed. I forget to reflect upon what I am doing. The moment of sobering only comes when I find another badly-fitting or simply disappointing piece in the mail which, admittedly, has just happened. It's the worst thing: when what you really, really like, becomes the thing that makes you feel bad.

And so the time has come to restrict my shopping sprees. I want to change my point of view on buying stuff. The next time I buy something, I want to love it to no end. I keep complaining that I can't afford beautiful dresses or shoes from, say, ModCloth while the truth is I could afford either of them, were I not spending all the money on cheap things that I keep throwing in my wardrobe and rarely wearing.

Seems everything tastes best in moderation.

So that's it. I'm taking a month off the auction sites and shops. I'm also going to be selling some of the pieces that I have and don't find a use for. The dress featured in this post is also going to go. It's a very pretty and girly thing but also not the shape I like best. And my aim is to have only things that I like best in my wardrobe. 



Dress: second-hand no name
Sandals: no name
Scarf: vintage from Wzorcownia at Chmielna

Znacie to uczucie, kiedy zjecie za dużo swojego ulubionego ciasta? Albo kiedy zostajecie w łóżku na cały piękny, letni dzień, a potem zdajecie sobie sprawę, ile fajnych rzeczy można było w tym czasie zrobić? No właśnie. Mam to poczucie przesady w pobłażaniu swoim zachciankom, zwłaszcza jeśli chodzi o zakupy. O ile przekopywanie się przez zasoby second-handów można by uznać za mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, to nawet ja czuję po jakimś czasie niesmak i mdłości, jak z przejedzenia słodyczami. Łatwo daję się ponieść chciwości. Za późno reflektuję się nad tym, co właściwie robię. Chwila otrzeźwienia nadchodzi razem z kolejną paczką pocztową, z której wyciągam źle dobraną i rozczarowującą rzecz - co, muszę się przyznać, właśnie się stało. To najgorsza rzecz: to, co przynosi ci bardzo wiele przyjemności nagle sprawia, że czujesz się źle.

Nadszedł więc czas, by powściągnąć moje zakupowe zapędy. Chcę zmienić punkt widzenia. Następnym razem gdy coś kupię, to będzie to coś wyjątkowego. Ciągle narzekam, że nie stać mnie na sukienki albo buty na przykład z ModCloth, a prawda jest taka, że niepotrzebnie wydaję pieniądze na rzeczy tanie, ale średnie i nijakie, które potem nieużywane wiszą w szafie, stając się coraz cięższym wyrzutem sumienia.

Zdaje się, że wszystko smakuje najlepiej w umiarze.

A więc tak. Robię miesięczną przerwę od aukcji i sklepów. Zamierzam też sprzedać trochę ciuchów, których nie noszę. Sukienka, którą mam na sobie w tym poście też idzie precz. Jest bardzo ładna i dziewczęca, ale to nie mój ulubiony fason. A ja chcę mieć w szafie same ulubione rzeczy.

Inspiration Thursday: Irregular Choice

Today is Thursday and I officially announce Thursdays Inspiration Thursdays. Every week from now on, you'll get a chance to take a peek at things that make me all "oooh!" or "wow!" and sort of launch my mind into space. Things that just make me amazed at how creative some people are. So here goes.

When I first saw these shoes, I went speechless. The I went all giggly and couldn't stop looking. They are ugly. They are beautiful. They are crazy. They seem unwearable. They seem like an everyday thing. They seem like a thing that would totally make a look. They are just incredible. I love them very, very much, though I probably wouldn't be as bold as to wear most of them. Then there are some that I dream about having (especially the Skyline pump, it's sheer awesomeness).

What I love about them most is that they stand in a place where fashion meets art. These shoes are what I appreciate the most about modern fashion AND modern art: they are fun. They require a sense of humor to be understood right. When somebody asks "Why?" with disgust, Dan Sullivan, creator and designer of the brand, seems to readily answer "Because why not!"





Dziś jest czwartek i z tej okazji ogłaszam, że odtąd każdy czwartek będzie Czwartkiem Indpiracji. Każdego tygodnia pokażę Wam coś, co sprawia, że oczy otwierają mi się szeroko i wydaję z siebie przeciągłe "oooorany!" albo "łał!". Takie rzeczy, które sprawiają, że czuję się wystrzelona w kosmos i cała pałam zachwytem nad ludzką kreatywnością.

Irregular Choice
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam te buty, odebrało mi mowę. Potem zaczęłam chichotać jak głupia i nie mogłam przestać na nie patrzeć. Są brzydkie. Są piękne. Są szalone. Wyglądają na potwornie niewygodne. Na nie nadające się do noszenia. Albo na codzienne. Albo takie, które po prostu "robią" każdy look. Są po prostu obłędne. Uwielbiam je bez końca, chociaż wątpię, bym znalazła w sobie dość odwagi, by założyć większość. Są też i takie, przez które nie mogę spać po nocach (mam na myśli szczególnie czółenka Skyline, skończony butowy geniusz).

Najbardziej podoba mi się w nich to, że stoją w miejscu przecięcia mody i sztuki. Są dokładnie tym, co szczególnie lubię w nowoczesnej sztuce (i modzie): są zrobione dla zabawy. Wymagają poczucia humoru, by dało się je właściwie zrozumieć. Kiedy ktoś z oburzeniem zapyta "Czemu?!", Dan Sullivan, twórca i projektant marki, zdaje się odpowiadać: "Bo czemu nie!"

What they wore: the summers of early 1950s



I don't know a hell of a lot about fashion. To be honest, I know so little, I should be ashamed. But no fear! I got my shelves packed with heavy albums on the subject and am actively searching the internet for fashion history. That's where I'm always drawn when I get interested in something: history of the topic. I want to see the patterns and the ideas overlapping, I want to see what was available at what time: what technologies, what fabrics, what resources. I want to see the history that is official and written about and then dig deeper to understand how this social history translated to the everyday life of people back in those times. So, when it comes to fashion, I want to look at high couture photos and marvel at the amazing designs and expensive creations and then I want open my family album and see what's in there. What was in the streets. What people wore to work. How they dressed their children. How they achieved that. Did they shop? Did they sew it on their own? What was their reality of the time? How it changes over time?

Here's a first couple of answers to those questions.

Imagine yourself in the early 1950s. What do you see? Oh, I know. Beautifully printed, high-waisted, broad dresses made from lush fabrics that were the staple of the time. General overflowing with riches in contrast to the severe moderation of the Second World War, its fashion's military form and simplicity. Dior's New Look comes to mind, eh? Well, don't let me keep you waiting for my point. Just take a look at these photos.

 
The lady in the white shirtdress is my grandma, the gentleman is my grandpa and the little girl is my mum. I believe her to be around four or five years old in these photos, making them 1953-ish. The outfits are simple and yet this is the peak of elegance of the time and place. Mind you, we're talking about Poland, particularly Warsaw which after the war was a place of ruin. My family didn't belong to the upper class, either. Just any other Warsaw-based family left with nothing after the war. The photos were taken in Łazienki Park, in the very same place featured in the last photos in this post. For some reason this was a very important event for my family --- photos were taken and best dresses worn. But Grandma's dress still brings wartime clothes to mind with its simple form - but it's not plain, mind you, in one of the photos you can see a broad-striped pattern. The big collar is a special extravagance. I really like that detail. My grandpa's baggy clothes may or may not be attributed to the fashion of the time or just to his personal preference, I really have no idea. his hairstyle is very fashionable, though! My mum in turn wears a cute knitted dress, most probably made by my grandma as were many more to come. I love the oversize bow in her hair! That was the look of the time.

Here are another few from a similar period, taken during the summer holidays by the sea. I especially like the one on the left. I adore my grandma's cropped sweater with tall collar and a large button or a brooch. I'm almost perfectly sure she knitted it herself and I'm pretty certain, if asked, she'd tell me exactly how to make it. My mum's dress is a bit more 1950s classic with a bebe collar and a nice striped pattern. In the last photo my grandma is sporting a posh high-waisted polka-dot bikini! Very cool.


Nie wiem zbyt wiele o modzie. Po prawdzie wiem tak mało, że powinnam się wstydzić. Ale nie ma strachu - na półkach już stoją wielkie albumy o historii mody, a przy tym przegladam internet w poszukiwaniu artykułów na ten temat. To zwykle tam się zwracam, kiedy coś mnie interesuje - ku historii. Ciekawi mnie, jakie technologie były dostępne, jakie materiały, jakie środki do realizacji projektów. Oglądam tę "wysoką" historię, tę oficjalną i zapisaną, a potem konfrontuję ją z tym, co mi się uda wygrzebać na temat zwykłego, codziennego życia w tych samych czasach. Kiedy więc chodzi o modę, najpierw oglądam zdjęcia haute couture, a potem zaglądam do rodzinnego albumu w poszukiwaniu odpowiedzi, jak się ta moda od projektantów przekładała na codzienność przeciętnego człowieka. Co było na ulicach? Co ludzie nosili do pracy, a co na przyjęcia? Jak ubierali swoje dzieci? Jak to osiągali? Czy kupowali w sklepach, czy sami szyli? Jaka była ich rzeczywistość? Jak się zmieniała na przestrzeni czasu?

Oto pierwsza próba znalezienia odpowiedzi na kilka z tych pytań.

Wyobraźcie sobie, że jesteście u początku lat 50-tych. Co widzicie? No tak - pięknie drukowane, rozkloszowane sukienki z bogatych materiałów z podkreśloną talią i dopasowaną górą. Po drugiej wojnie światowej i jej ograniczeniach i ostrym umiarkowaniu, nareszcie przyszła pora na strojność. Przychodzi na myśl New Look Diora, prawda? No, to popatrzcie na zdjęcia z mojego albumu.

Młoda pani na zdjęciach to moja babcia, pan to dziadek, a dziewczynka to mama. Szacuję, że ma tu około czterech-pięciu lat, więc zdjęcia muszą być mniej więcej z 1953 roku. Ubrania są proste, a jednak to szczyt elegancji dla miejsca i czasu. Zwróćcie uwagę, że mówimy o zrujnowanej, powojennej Warszawie. Moja rodzina nie należała do nuworyszy. Byli typowymi warszawiakami, którzy wszystko stracili w czasie wojny. Zdjęcia zrobiono w Łazienkach, dokładnie w tych samych miejscach, gdzie te, które pokazywałam w jednym z ostatnich postów. Z jakiegoś powodu była to bardzo ważna okazja - zrobiono zdjęcia i ubrano się w najlepsze, co było w szafie. A jednak szmizjerka babci przywodzi na myśl skromne ubrania wojenne - chociaż nie jest całkiem gładka, bo ma wzór w szerokie pasy, co widać na jednym zdjęciu, a do tego fantazyjny, rozłożysty kołnierz, który bardzo mi się podoba. Luźne ubranie mojego dziadka można przypisać albo modzie tamtych czasów, albo jego osobistej preferencji - tego nie wiem. Natomiast jego fryzura była wtedy hitem! Urocza sukieneczka mojej mamy jest z całą pewnością roboty mojej babci - jak wiele innych, które po niej nastały. Bardzo mi się podoba wielka kokarda w jej włosach - to był look tamtych czasów!

Znalazłam jeszcze kilka innych letnich zdjęć, z których najbardziej podoba mi się to po lewej. Cudowny jest krótki sweter babci z wysokim kołnierzem zapinanym na duży guzik lub broszkę. Babcia na pewno zrobiła go sama i podejrzewam, że gdybym ją o niego zapytała, to powiedziałaby mi dokładnie, jak go odtworzyć. Sukienka mamy jest tu już bardziej klasyczna i rozkloszowana, z kołnierzykiem bebe. Na ostatnim zdjęciu babcia ma na sobie szałowe bikini w groszki, wiązane na szyi i z wysokim stanem. Bomba!

Being the thing you desire

I used to be that other girl. The sort of girl who wanted to be in the popular crowd and always got rejected. I wanted to warm up in the company of pretty girls with pretty clothes who knew how to walk gracefully and how to look at you in that special way that could make you feel good or bad for the rest of the day. Maybe I lacked something or maybe I was just internally too different -- I just never could be one of them. So I turned my back on the popular crowd and decided I would never be like them. I would never be glamorous, never wear a dress in my life and a sole suggestion of putting a bow in my hair would be considered ridiculous. Following fashion was considered stupid and shallow. Going my own way, I was trying to hide in comfortable and completely boring clothes that  -- in my head -- made a clear statement "I don't want to look like you fashionable girls do, I don't want to be judged by my clothes, the only thing that matters is who I am on the inside". And so it went for something like fifteen years.



A year ago something begun to change. I slowly started becoming more open to dressing up and, little by little, more style-conscious and discovered with a huge surprise how happy it makes me feel. I bought my first dress in years. I wore high heels without feeling out of place and overdressed. I went out, dressed pretty and girly and had the best time without feeling awkward about my look. It was an amazing moment of self-discovery and learning new things about myself.

I didn't need to prove myself to anyone through my own take on femininity anymore. I decided to take that plunge out of curiosity, just for fun and it felt, and feels great. I questioned my previous self's rebellious beliefs and found they are based on a silly idea that being pretty means you're shallow. Now, I wasn't shallow and I knew it, so would it make me shallow if I started dressing pretty? I guess it didn't. It actually feels incredible.

So here's a red dress, because you need a red dress to crown that new woman you've found inside of you, no?





What's your story? Were you a mama's doll or a tomboy as a kid? How did the society influence you? Did you change your mind about that over the years?







































Dress: Troll 
Belt: Top Secret
Headband: found, no name
Shoes: Nord (outlet in Ustka)
Photos: Bartek

Kiedyś byłam tą inną dziewczyną. Chciałam grzać się w blasku popularnych, ślicznych dziewczyn, które potrafiły poruszać się z gracją, wiedziały, jak się ładnie ubrać i jak spojrzeć na kogoś tak, by przez resztę dnia czuł się dobrze albo źle. Może brak mi było czegoś albo byłam po prostu wewnętrznie zbyt inna - grunt, że nigdy nie mogłam stać się jedną z nich. Odwróciłam się więc do nich plecami i postanowiłam nigdy nie być taka, jak one. Miałam nigdy nie być modna, nigdy w życiu nie założyć sukienki, a sama myśl o tym, że mogłabym wpleść we włosy wstążkę miała powodować salwy śmiechu. Podążanie za modą uważałam za głupie i płytkie. Poszłam swoją drogą i próbowałam się schować w wygodnych i absolutnie nudnych ubraniach, które - w mojej głowie - były manifestem o następującej treści: "nie chcę wyglądać tak, jak wy, goniące za trendami dziewczyny i nie chcę być oceniana poprzez moje ubrania; jedyne, co ma znaczenie, to to, kim jestem w środku." I tak było przez jakieś piętnaście lat.

Rok temu coś pękło i zaczęło się zmieniać. Powoli zaczęłam się stawać bardziej otwarta na inne ubrania, i, po maleńku, bardziej świadoma czegoś, co nazywamy stylem. Z ogromnym zdumieniem stwierdziłam, że zabawy z ciuchami dają mi mnóstwo radości. Kupiłam pierwszą od lat sukienkę. Założyłam wysokie obcasy i nie czułam się nie na miejscu i przesadnie elegancka. Wyszłam z domu ubrana ładnie i dziewczęco i bawiłam się najlepiej na świecie, nie czując, że wyglądam dziwnie. To była jedna z najbardziej niezwykłych chwil: widziałam, że odkrywam siebie na nowo.

Nie musiałam już nikomu niczego udowadniać poprzez swoją wersję kobiecości. Postanowiłam skoczyć na głęboką wodę z czystej ciekawości i dla zabawy, i okazało się, że to świetny pomysł. Zakwestionowałam wcześniejszą siebie i moje buńczuczne manifesty, i stwierdziłam, że są oparte o niemądre przekonanie, że być ładną oznacza być płytką. No, a skoro nie byłam płytka (to akurat wiedziałam), to czy spłyciłoby mnie ładne ubranie? Chyba nie. Nigdy nie czułam się lepiej.

A więc jest w końcu czerwona sukienka, bo należy się, jako ukoronowanie odnalezionej po latach kobiecości. No nie?

Jakie są Wasze historie? Czy jako dziewczynki byłyście laleczkami mamusi, czy chłopczycami? Jak wpłynęło na Was społeczeństwo? Czy zmieniłyście się przez lata?

On getting dressed and what it means

Today I would like to share with you a few basic impressions I've been getting on my way down the personal style lane. I thought maybe it would explain to you why I choose to wear dresses all the time and avoid neon colours and why I'm not too keen on high heels and, generally speaking, what it all means to me on a deeper level. So here goes!

When it comes to getting dressed, I'm not too big on trends. I actually try to avoid them to a large extent unless they really match my preferences. I really do not like to look like everybody else in the street. Clothing to me is a way of expressing myself --be it a total negation of modern standards of femininity (which had been the case for many, many years) or a little satire on the same topic (as it sometimes happens right now).

I want my style to be developing, but still want to keep it persistent. Wearing neon colours or studs or anything that is in this season and will be gone next week simply won't do the trick.
Being dressed a certain way makes me feel a certain way. Wearing dresses makes me feel very feminine. Being stuck in long jeans takes half the charm away. Wearing the outfit in today's photos reminds me of casual but still elegant styles of 1940s and 1950s women. In this skirt and those heels I walk a different way and I smile a different way and I feel like a mature and self-confident woman. With this image in mind I am ready to fly away into some long forgotten land from sixty years back --and I need that sort of fantasy in order to stay creative. Being a photographer and designer, it is very important to me.
I don't spend an awful lot on new clothes. I definitely avoid large shops like H&M or Reserved (with the significant exception of Atmosphere that is actually non-existent in Poland except for the second-hand market). I find their products way overpriced for the quality they present. Also, usually they don't have many things that interest me (see point about trends). I shop at second-hand shops and regularly dig through the "used" section at Allegro (a sort of Polish ebay). I rarely choose pieces that cost more than 30 zł (circa $10). I think around 70% of my current wardrobe is composed of second-hand stuff. If I do spend a lot of money, I usually do that on pieces that are extraordinary, of great quality that I know I won't get bored with. Usually, it's great shoes.
What I show on this blog is what I actually wear everyday. Those are simpler or more layered outfits that sometimes draw more and sometimes less attention. They are meant to be right for everyday wear, sometimes for a special occasion. That means I usually won't parade in front of the camera with high heels on. My feet hurt an awful lot when I wear heels so I rarely do (even though I absolutely love the way women's legs look in high heels!).
I dress to feel I am myself. I also dress to feel cute and pretty.






















Shirt/top: Atmosphere (actually a dress)
Scarf: vintage
Skirt: Vila
Belt: Troll
Shoes: second hand (Foot Glove)
Photos: mum

Ostatnio doszłam do kilku wniosków, które wynikły z mojej przygody z poszukiwaniem własnego stylu. To takie po części wrażenia, po części punkty, którymi się kieruję w ubieraniu. Wyjaśniają czemu tak uwielbiam nosić sukienki, dlaczego omijam ćwieki i neony, i dlaczego rzadko noszę buty na obcasach - a poza tym mówią o tym, co to wszystko dla mnie znaczy na głębszym poziomie.

Jeśli chodzi o ubiór, nie jestem fanką trendów. Staram się ich raczej unikać, o ile nie odpowiadają moim osobistym upodobaniom. Nie lubię wyglądać jak każda inna dziewczyna mijana na ulicy. Ubieranie się jest dla mnie sposobem autoekspresji - niezależnie od tego czy ma służyć kompletnej negacji współczesnych standardów kobiecości (a tak było przez wiele, wiele lat), czy też być cichą satyrą na ten sam temat (jak bywa teraz).

Chcę, by mój styl się rozwijał, ale również, by był trwały. Zakładanie neonowych bluzek albo butów z ćwiekami, albo czegokolwiek, co jest trendy w tym tygodniu, a w przyszłym będzie passe po prostu mi tego nie zagwarantuje.

To, jak się ubieram ma odbicie w tym, jak się czuję. Noszenie sukienek to dla mnie kwintesencja przyjemności. Konieczność kiszenia się w długich dżinsach odbiera mi jej mnóstwo. Zestaw, który mam dziś na sobie przypomina mi codzienne, praktyczne, choć nadal perfektycjnie eleganckie ubiory kobiet z lat 40-tych i 50-tych. W tej spódnicy i na obcasach chodzę inaczej niż zwykle i uśmiecham się inaczej. Czuję się jak dorosła i pewna siebie kobieta. Z takim obrazem siebie w głowie jestem gotowa odlecieć do czasów sprzed sześćdziesięciu lat - ten rodzaj fantazjowania bardzo mnie inspiruje i ułatwia tworzenie. A jako fotograf i designer bardzo potrzebuję tego rodzaju pobudzenia wyobraźni.

Nie wydaję zbyt wiele na ubrania. Szerokim łukiem omijam H&My i Reservedy, i inne sieciówki (z wyłączeniem nieistniejącej w Polsce Atmosphere, z której ubrania kupuję w second-handach). Uważam, że jakość ich ubrań jest zdecydowanie za niska jak na ceny, za które chcą je sprzedawać, a poza tym nie mają zbyt wielu ubrań, które mi się podobają. Kupuję więc w szmateksach i regularnie przeglądam sekcję z używanymi ubraniami na Allegro. Rzadko przekraczam budżet 30 zł a jeden ciuch. Sądzę, że około 70% mojej obecnej garderoby to ubrania z drugiej ręki. Zaoszczędzoną kasę przeznaczam czasem na coś zupełnie niesamowitego, co mi się nie znudzi, nie wyjdzie z mody i nie zniszczy się przez długie lata. Zwykle na dobrej jakości buty.

To, co pokazuję na blogu to mój codzienny styl. Te zestawy bywają bardziej lub mniej złożone, przyciągają czasem więcej, a czasem mniej spojrzeń. Tak się noszę każdego dnia, idąc do sklepu i na spacer, czasem pokonując tylko drogę z łóżka do biurka czyli do pracy. To znaczy, że rzadko będę paradowała przed obiektywem w wysokich obcasach - noszę je od wielkiego dzwonu, bo stopy bolą mnie w nich tak, że po chwili nie mogę chodzić (to zresztą dla mnie okropne, bo uwielbiam wygląd kobiecych nóg na obcasach!).

Ubieram się, by czuć się sobą. Jak również, by czuć się ładnie i uroczo.
_____________________________________________________

Edit: Wow, my look got featured on Polskie Szafiarki as one of the best looks! Thanks so much!
Edycja: No proszę, mój zestaw trafił na listę najlepszych wyglądów na Polskich Szafiarkach! Serdecznie dziękuję!

Birds dress number 2 and film camera weekends

Number two is indeed a number two, as in, it's the second dress with bird pattern that I bought. It's also the first that got photographed. A few weeks ago I went for a walk with Bartek and we took our film cameras with us. Bartek had an idea of placing me against various backdrops, posed the same way in every photo. We wanted to check the camera's (Rolleiflex SL66 medium format SLR camera which I've already told you about) depth of field. We actually loved the outcome. Here are some nicer photos from the shoot. Mind you, this is more of a photography post than a personal style one.

This is probably the last post before we depart to Bartek's parents' home town for a few days. We'll be back next week and I'm sure I'll have some new photos - both taken on film and digital - to show you! See you in a few days!






Dress: second hand (Atmosphere)
Wedges:  CCC
Photos: Bartek (and me)








Numer dwa jest rzeczywiście numerem dwa, to znaczy jest to druga sukienka w ptaki, którą kupiłam. Z kolei jest pierwszą, która zostałam sfotografowana. Kilka tygodni temu poszliśmy z Bartkiem na spacer z aparatami analogowymi. Chcieliśmy przetestować moją lustrzankę średnioobrazkową (pisałam o niej już wcześniej) pod kątem głębi ostrości, a Bartek wpadł na pomysł, żeby ustawić mnie na różnych tłach za każdym razem w jednej pozie. Efekt osiągnięty - głębia ostrości obejrzana i prześliczna (aż strach pomyśleć, jak by to wyglądało z obiektywem portretowym). Obejrzyjcie sobie kilka najładniejszych zdjęć. Weźcie, proszę, pod uwagę, że ten post jest bardziej z serii "fotografia" niż "personal style".

To prawdopodobnie ostatni post przed naszym wyjazdem do rodzinnego miasta Bartka. wybieramy się na kilka dni w odwiedziny do jego rodziców i wrócimy w przyszłym tygodniu. Z pewnością wróci z nami cała masa nowych zdjęć, tych analogowych i cyfrowych, które będę chciała pokazać. Do zobaczenia za kilka dni!