Turning back for things that were good and lost


This post is going to be very personal, so please forgive me if I ramble away from the main topic which is my recent thoughts on letting some forgotten things back into my life. Also, please forgive me how lengthy this post is going to be. I doubt many of you will reach the end but I believe sometimes it's better to get things off your chest in their entirety. And after all, this blog is my personal space to communicate whatever I like. So.

As I grow older, I have noticed, I steer into the land of imagination less and less. Sure, I have to imagine things to design them and I have to plan (which means: imagine) my photographic sessions in advance to know what I want to do when the model arrives. But the non-creative imagination, if such a thing exists, or what one may call a fantasy, is becoming lost on me more and more. Gone are the times when I used to take long walks each day during which I would get lost in thought, imagining romantic scenarios, making up characters and interacting with them, turning into a heroine of this or that sort and changing my life completely for an hour or two, before I would come back to reality from an amazing journey somewhere far away or somewhere that doesn't even exist. I feel a deep nostalgia for those adventures that used to happen in my own head and I yearn to open the door that seem to have shut for me.



Recently I have found myself not wanting to even skim through the fashion/art catalog that I'd designed and had been working on for months. Holding that book in my hands, I felt no satisfaction whatsoever, as if it wasn't my doing, as if I haven't just spent hundreds of hours upon making it the best I could.

What is wrong?, I pondered. Here's a somewhat clarified version of what I have been thinking.

Back when I was younger, I would create -- draw, mostly -- out of a sheer need of my own heart. Now, I mostly use my mind. The mind is a powerful tool and it has helped me grow up as an artist, it has let me understand art, especially modern art, that intuitively I would have discarded as stupid,  ugly, meaningless, grotesque or as an utterly unnecessary representation of its creator's ego. I learned how to digest this sort of art, how to appreciate it, and in the end, how to fit to its standards with my own creations.

I have grown accustomed to a less personal approach to my work in order to be able to handle any criticism that I might come across. If you ever create something and it gets criticized, it takes an enormous amount of internal work not to be personally touched and hurt. When you work for other people and they tell you they don't like what you did for them -- which happens a lot to designers --well, that could hurt, unless you already have this strength in you to focus your attention away from your personal pride and back to your professional mind. 
And so, along my career path, I have chosen my mind over my heart. It is a lot easier to process everything that way, but it happens at the cost of loosening that special bond that I have with my creations. That bond gives me a profound feeling of great personal satisfaction when the project is done. Without it, I have recently felt, the satisfaction ends at being purely monetary. And that is not enough.

It slowly started to become clear to me. I need to re-learn how to fantasize.

Fantasizing means to me opening my mind to the necessary unnecessary: the possibility that my imagined scenarios end up only in my head. That the creatures I make up will never reach the end of my pencil. That the conversations I have with random people in my fantasy lands will never happen in real world. Still, those situations aren't meaningless. They inspire me to try new things and encourage me to create something just for the sake of creating it, even if I was the sole person whose eyes would see the outcome.

And when it comes to corporeal world and mundane objects that neither interact, nor come from imagination, this dress is a thing of fantasy to me. It looks so ethereal and its form is so simple it's almost a nightgown. It reminds me of those light, almost translucent empire-style dresses. It brings to mind Jane Austen's heroines. Wearing this little piece, I feel like I am indeed one of them, lost in time and ever curious of people and places around me. When I feel the gazes of passers-by upon my face, half-hidden in the shade of my hat, I feel both innocent and quaint, and it fills my heart with sudden joy and the will to transform it into something fresh and good and full of life. I wish more of my outfits would inspire me that way. I want to find a way to make them do so.

Dress: second-hand (Only)
Shoes: Nord
Hat: no name
Photos: Bartek (first two) and me

Ten post będzie bardzo osobisty, więc wybaczcie, jeśli odejdę od głównego toru. Wybaczcie też, że będzie bardzo długi. Zdaję sobie sprawę, że niewiele osób dotrwa do końca, ale sądzę, że czasem lepiej wyrzucić z siebie coś w całości. A ten blog (uświadamiam to sobie) to moje prywatne miejsce, więc mogę na nim komunikować co tylko chcę. No.

Myśli, które zaprzątają mi ostatnio głowę, oscylują wokół poszukiwania dobrych, ale zaginionych rzeczy z przeszłości.

Zauważyłam, że im jestem starsza, tym rzadziej kieruję się w stronę świata wyobraźni. Jasne, muszę sobie czasem coś wyobrazić, kiedy projektuję grafikę i kiedy planuję (czyli wyobrażam sobie a priori) sesje zdjęciowe. Ale wyobraźnia nie-kreatywna, jeśli coś takiego istnieje - a może raczej fantazja - coraz częściej mi umyka. Minęły czasy, kiedy wybierałam się codziennie na długie spacery, żeby w zaciszu osiedlowych uliczek snuć romantyczne opowieści, tworzyć postacie, z którymi mogłabym porozmawiać i stawać się bohaterką niezwykłych historii, które zmieniały moje życie kompletnie, choć niezauważalnie i tylko na chwilę. Bardzo tęsknię za tymi przygodami, które zdarzały się w mojej głowie. Chciałabym otworzyć raz jeszcze drzwi, które zamknęły się przede mną.

Niedawno trzymałam w rękach katalog sztuki/mody, który zaprojektowałam dla jednego z warszawskich muzeów, efekt wytężonej kilkumiesięcznej pracy, i okazało się, że nie mam nawet ochoty go przejrzeć. Trzymałam tę książkę w rękach i nie czułam żadnej satysfakcji. Zupełnie, jakby to nie było moje dzieło, jakbym nie spędziła setek godzin na tym, by dopieścić każdy szczegół.

Co jest nie tak? zastanawiałam się. Patrząc wstecz, wymyśliłam coś takiego.

Kiedy byłam młodsza, tworzyłam - głównie rysowałam - z czystej potrzeby serca. Teraz używam przede wszystkim głowy. Umysł jest potężnym narzędziem i pozwolił mi dorosnąć jako twórcy, pozwolił zrozumieć sztukę - szczególnie tę nowoczesną, którą intuicyjnie odrzuciłabym jako głupią, brzydką, bez znaczenia lub jako nikomu niepotrzebną reprezentacją ego jej twórcy. Naczyłam się, jak przeżuwać i trawić tę sztukę, jak ją doceniać, a w końcu: jak samej się do niej dopasować. 

Przy okazji przyzwyczaiłam się do mniej osobistego podejścia do swojej pracy, głównie po to, by spokojnie znieść wszelką krytykę, której, jako projektant, otrzymywałam niemało. Jeśli kiedykolwiek zdarzy ci się coś stworzyć i zostanie to skrytykowane, to potrzeba bardzo wiele wewnętrznej pracy, by nie czuć się boleśnie urażonym. Trzeba się nauczyć przenosić ciężar z twórczej dumy na profesjonalne podejście.

I tak, w trakcie swojej ścieżki zawodowej, wybrałam umysł zamiast serca. Znacznie łatwiej jest tak wszystko przetrawiać, ale, jak się okazuje, dzieje się to kosztem osłabienia ważnej więzi, jaką każdy twórca ma ze swoimi dziełami. Ta więź daje głębokie poczucie osobistego spełnienia, kiedy projekt artystyczny zostaje ukończony. Bez niej, jak ostatnio mocno poczułam, satysfakcja kończy się na odpowiednio donośnym brzęku monet. A to nie wystarczy.


Powoli zaczęło się dla mnie stawać jasnym, że potrzebuję nauczyć się od nowa, jak fantazjować. 

Fantazjowanie oznacza dla mnie otwarcie umysłu na potrzebną niekonieczność: na możliwość, że moje wyobrażone scenariusze zostaną tylko w mojej głowie. Że stwory, które wymyślam nigdy nie znajdą się na czubku ołówka. Że rozmowy, którymi zajmuję się z wyobrażonymi postaciami w fantastycznych krainach nie przerodzą się nigdy w rzeczywistość. Te wewnętrzne zdarzenia nie są jednak nic nieznaczące. Inspirują mnie, bym spróbowała nowych rzeczy i zachęcają, bym stworzyła coś dla samego tworzenia, choćbym miała być jedyną osobą, która zobaczy efekt.

Jeśli wrócimy do rzeczywistego świata, do przedmiotów codziennych i zwyczajnych, które nie pochodzą z wyobraźni ani nie mają własnej osobowości, to okazuje się, że i tu da się znaleźć coś inspirującego. Ta sukienka jest dla mnie takim nieco fantastycznym przedmiotem. Jest tak prosta, a przy tym tak zwiewna, że przypomina koszulę nocną. Kojarzy mi się z tymi lekkimi, niemal przezroczystymi sukienkami w stylu empire. Przywodzi na myśl bohaterki z powieści Jane Austen. Kiedy ją noszę, czuję się jak jedna z nich, zagubiona w czasie i niezmiernie ciekawa miejsc i ludzi wokół mnie. Kiedy czuję spojrzenia przechodniów na mojej twarzy, na w pół schowanej w cieniu kapelusza, czuję się jednocześnie osobliwa i niewinna, a to wypełnia mnie radością i chęcia, by te wrażenia przełożyć na coś nowego, świeżego i pełnego życia, jak moje fantastyczne stwory i krajobrazy. Chciałabym, by więcej ubrań było dla mnie taką inspiracją i przejściem do innego świata. Chcę znaleźć sposób, by to urzeczywistnić.

Comments